5/31/2015

Pomoc domowa - z cyklu pracownik w Indonezji

Na zdjęcie dziewczynki w mundurku pomocy domowej czekałam już od dawna. Aż tu pewnego dnia wybrałam się z Adim popływać - przez kilka dni w Bandungu nie padało, święto, trzeba było wykorzystać. Akurat trafiliśmy na chińskie urodziny na terenie hotelu z "naszym" basenem. Idealna okazja, bo to oznacza, że rodzice dziecka są bogaci, skoro stać ich na wystawną imprezę urodzinową dla dziecka, a tym samym stać ich na pomoc domową! Przyczajona na leżaczku pod parasolką, z iPhonem Adiego w ręku, czekam aż panienka zechce zbliżyć się do basenu. Znalazło się kilka. Zadowolona z basenu czym prędzej znikam, bo zaczęło kropić - welcome to Bandung. Proszę Adiego o przesłanie zdjęć. Dostaję dwa.

- Ale ja chcę też panienki w mundurkach!
- Po co? Usunąłem. Myślałem, że się tylko bawiłaś aparatem.
- Jak to usunąłeś? Przecież to strasznie ciekawe zdjęcia! Specjalnie iPhonem robiłam, żeby ładne były.

Odgrzebał kolejne dwa, więc postanowiłam z postem nie czekać i czym prędzej opisać fenomen pomocy domowej w Indonezji, który najwyraźniej Adiemu wydawał się tak błahy, że lepsze zdjęcia bezpowrotnie skasował.

Dziewczyny w mundurkach spotyka się nie tylko na większych eventach, ale często w najzwyczajniejszym centrum handlowym czy w restauracji. Mundurki są najczęściej koloru niebieskiego lub białego, zdarzają się również różowe. Do tego niezawodne podróbki crocsów. Na ramieniu często wisi torba z butelkami, chusteczkami, pudrem dla dzieci i drobnymi przekąskami. Wiem, bo zamek tej torby rzadko jest zamknięty i wszystko z niej wyziera. Pewnie dlatego, by pomoc mogła mieć wszystko w sekundę pod ręką. Często do niej sięga, najczęściej po chusteczki nawilżające przecierając dziecku rączki. Mundurek ma przede wszystkim odróżniać pomoc od reszty rodziny. Podejrzewam jednak, że chodzi również o to, by zaznaczyć, że nie jest ona nastoletnią córką, czyli matka nie jest jeszcze na tyle stara. Zdarzają się również pomoce domowe bez mundurków, ale i tak widać różnicę. Matka w pełnym makijażu i idealnie skrojonych ciuchach, a pomoc w koszulce z napisem "Beauty", wytartych jeansach i potarganych włosach.

Pomoc domowa w restauracji siedzi albo przy osobnym stoliku, albo na osobnym krześle gdzieś blisko. Gdy przychodzi menu, nie wybiera, rodzice dziecka wybierają dla niej danie. Z tego co zaobserwowałam, a obserwuję te dziewczynki już prawie dwa lata, to z reguły dostają smażony ryż. Gdy przychodzi jedzenie, pomoc najpierw karmi dziecko. To całkiem długi proces, bo dziecko raczej szybko z talerza nie wcina, do tego ma przy sobie jakąś zabawkę (najczęściej tablet), z którą chodzi wokół stolika. Gdy rodzice uznają, że dziecko się najadło, pomoc może przystąpić do zjedzenia swojej porcji, którą kończy w kilka minut.
Na basenie pomoce domowe biegały do kosza z pieluchami, uważały by dziecko nie wpadło do wody, oprowadzały je po kompleksie, bawiły się w różnego rodzaju gry urodzinowe. Rodzice stali obok, bacznie obserwując, czasem się przyłączając, ale najczęściej jednak siedzieli pod parasolkami i rozmawiali sącząc soczki.
Zdarzało mi się widzieć i poznać pomoc, która głowie rodziny zakładała nawet skarpetki. Mieszkała w garderobie z materacem i biurkiem bez krzesła. Co więcej nie wiedziała przy jakiej ulicy mieszka. Mówiła, że wie tylko do którego sklepu ma chodzić na zakupy. Ale to chyba było wyłącznie ekstremum i na co dzień niekoniecznie się tak zdarza.

Czy żal mi tych dziewczynek? Trochę. Dla większości z nich to jednak praca u bogatszych członków rodziny, którzy całkiem znośnie ją traktują, a ona wysyła zarobione pieniądze wielodzietnej rodzinie w mniejszym mieście. Może to być również przerwa w studiach lub zebranie na nich pieniędzy. Dla innych to po prostu sposób na życie. Na basenie spotkałam Chińczyków, ale tylko z rysów twarzy, bo mówią po indonezyjsku, czy sundajsku, co oznacza, że to pewnie któreś pokolenie z kolei chińskich imigrantów, które urodziło się już tutaj, w Indonezji. Częściej też pomoc w mundurku spotyka się właśnie z nimi niż z Indonezyjczykami. Ale w bogatszych domach, właśnie typowo indonezyjskich, pomoc jest na porządku dziennym. Nie sądzę, aby była to wobec tego chińska tradycja. Nie jestem przeciwna pomocy domowej, ale mundurki spotykane na ulicy rażą w oczy. Sposób traktowania też niekoniecznie się podoba. Nie mnie jednak oceniać, same o siebie muszą zawalczyć.

Niebieski mundurek, podróbki crocsów i dziecko za rączkę, to obraz pomocy domowej w Indonezji.
Najczęściej pomoc domowa to młode dziewczyny.
Niestety przez to, że Adi usunął inne zdjęcia wstawiam tą trochę starszą.




5/23/2015

Fast-food w Indonezji

Do KFC się chodzi na randki, a do McDonald's, bo może się akurat spotka białasa. W Burger King korzysta się głównie z promocji, a w Domino's Pizza jest chyba najtańsza pizza w Indonezji, która jakoś tam smakuje. 

Oczywista jest fascynacja Indonezyjczyków KFC. Restauracja w przystępnej cenie z ryżem i kurczakiem. Czego chcieć więcej? Tak. Tak. Ryż. Kto by o tym w Polsce pomyślał? Sprzedawane są oczywiście frytki, ale jak to słusznie autorka bloga Emi w drodze zauważyła ( w komentarzach do jednego ze zdjęć na moim Instagramie @abdi.ngartos.indonesia) szybko się kończą i już nie ma opcji, ale trzeba wybrać ryż. Frytki... w ogóle ziemniaki, kompletnie nie są tu popularne. Albo przynajmniej nie aż tak jak w Polsce. W każdym KFC siedzi zawsze mnóstwo par. Wieczorem, czyli po 18:00. Niektóre są otwarte 24h i są zawsze pełne. Randka w KFC oznacza dla Indonezyjek - szczególnie tych z Bandungu - że chłopak jest na przyzwoitym poziomie, bo pakiet kurczak, ryż i pepsi kosztuje ok. 20.000Rp (6 zł), czyli 2 porcje nasi goreng (smażony ryż - tradycyjne indonezyjskie jedzenie). Chłopak oczywiście za dziewczynę płaci, więc jak ma 40.000Rp w portfelu to ubogi nie jest, a to dla Sundajek niesamowicie istotne. Oczywiście wykluczam Indonezyjskich czy Chińskich bogaczy. Tu portfele zdają się być zbyt grube na KFC. Wtedy w grę wchodzi McDonald's.

Ja do Maca często nie chodzę, bo niekoniecznie mnie na niego stać. Jeden cheesburger to przybliżona równowartość 3 sporych porcji nasi goreng w Bandungu, a 5 porcji w Semarang. Za każdym razem jak do niego jednak wpadam, czy to w Semarang, Yogyakarcie, Bandungu itd., to zawsze spotykam tam bule, czyli białego. Spotyka się również wystrojone dziewczynki, które siedzą w Macu chyba całymi dniami i na tego męskiego bule czekają, żeby się uśmiechnąć i przez moment mieć nadzieję na historię z bajki o Kopciuszku. To bardzo zabawne, smutne i słodkie jednocześnie.

Za to w Burger King, za każdym razem jak tam wpadam, to wydaje się jakoś pusto. Ale ostatnio w tej sieciówce na terenie centrum handlowego Paris van Java, w Bandungu, ogłoszono promocję. Więc się wybrałam. I tłum. Popytałam znajomych, a oni mówią:
- No co się dziwisz, przecież do BK się tylko na promocje chodzi!
Aaaaaaachaaa!

Promocja wyglądała soczyście, ale zderzenie z rzeczywistością bolało. Bo burger był z trzema zimnawymi  nuggetsami i ketchupem, bez warzyw :( Za to cena nie najgorsza, bo 25.000Rp, czyli 7,5 zł.

Dobra rada: nie idź w Indonezji do Pizza Hut! Próbowałam trzy razy w różnych miastach i o matko no.... Jak na sieciówkę, to Pizza Hut w Polsce nie należy do tych najgorszych, a w Indonezji to tragedia nad tragediami. Składniki stare i mało, do tego plastikowy indonezyjski ser i cena wzięta z piekieł. Domino ma całkiem dobrą pizzę. Nigdy u nich w Polsce nie jadłam, bo resto jest tylko w Warszawie czy Krakowie, a ja przecież urzęduję w Poznaniu. Być może dlatego ta akurat pizza jest dla mnie znośna - bo jej smak odkryłam dopiero w Indonezji. Tanio, jak na ceny "europejskiego" jedzenia tutaj. Za dużą fantę i pizzę w pakiecie można zapłacić ok. 50.000Rp, czyli 15 zł. Jedzenie z Domino's Pizza głównie się zamawia na wynos, bo te zamówienia nie wiedzieć czemu są realizowane szybciej niż te na miejscu. A czekanie na pizzę godzinę, nawet z zapasem indonezyjskiej cierpliwości, nikomu się nie uśmiecha. Pizzę zamawia się od święta. Niesamowicie często podczas urodzin, za co (uwaga!) płaci solenizant, a nawet prezentów nie dostaje, żeby mu się to wszystko zwróciło.

Na koniec należy wytłumaczyć jak postrzegane są w Indonezji międzynarodowe sieciówki fast-foodowe. W Polsce coraz częściej sieę tym jedzenie gardzi. W Indonezji za to jest zaliczane do tych luksusowych, czyli takich na które nie każdy może sobie pozwolić. Żeby to zobrazować zmyślam dane: jeśli w Polsce na cheesburgera z Maca raz w tygodniu może sobie pozwolić 80% populacji, to w Indonezji może 20%. Ponadto jest to dla nich "zachodnie" żarcie, a co zachodnie jest dobre, czyli wkracza tutaj teoria Coca-Coli. Nie każdy Indonezyjczyk fast-foody lubi. Często jednak, jeżeli go stać, to prestiż robi swoje i zamówi kurczaka z ryżem. Spotyka się przecież hot-dogi, kebapy czy burgery na ulicach, ale nie są to tak oblegane miejsca, a nie najgorsze. Za to w KFC co noc tłum głośnych licealistów, trzymających się za ręce par (bo tam można), czy całych rodzin, bo akurat są pieniądze. Poza tym utworzyły się sieciówki jak HFC czy Olive Chicken, które sprzedają kurczaki w dokładnie takiej samej panierce i tańsze, no ale kurczak jest tam zdecydowanie gorszej jakości.

Dlaczego ja chodzę do tych wszystkich KFC? Bo mi to jedzenie przypomina Polskę. Niestety. Nic innego, na co byłoby mnie stać, nie smakuje "jak u mamy". Zdarza mi się gotować jakieś zapiekanki czy barszcze, ale składniki mają jednak inny smak, więc nie zawsze wychodzi. Jeśli tęsknię, mam akurat pieniądze, to idę do fast-foodów. Bo choć nie smakuje to idealnie tak samo, to jednak istnieje spore podobieństwo do tych w Polsce. Jak mieszkałam w Hiszpanii też jadłam, w Madrycie czy w Barcelonie. W Valladolid Mac był od mojego mieszkania za daleko, gdzieś na szarym końcu miasta. I tak sobie teraz myślę, jakie to smutne hahahahah...
bo hiszpańskie jedzenie przecież takie dobre
bo indonezyjskie jedzenie też przecież takie dobre
bo polskie jedzenie też...bo polskie najlepsze :)

5/16/2015

W Bandungu zaopatrz się w gumowe buty!

Jest pochmurno i deszcz pada właściwie codziennie. Od ponad 6 miesięcy dzień w dzień. To mżawka, to ulewa, to burza. Często wszystkie trzy w jednym dniu. Pora deszczowa powinna się już dawno skończyć. Jedni mówią, że to przez tajfun na Filipinach i skończy się niedługo. Inni nie pozostawiają żadnej nadziei i tłumaczą, że to Bandung i tu zawsze pada. Postanowiłam zainwestować w gumiaki. Ale nie te polskie po kolana, bo woda wlewałaby mi się do środka jak do wiadra. Ale za proste, lekkie, zrobione z gumy buciki. W Indonezji co roku jest nowy trend. W poprzednim każda Indonezyjka nosiła crocsy, oczywiście podróbki. W tym roku chodzą w gumowych sandałkach, w których często robią niesamowite piruety, ponieważ paski dobrze nie trzymają. A ja ze względu na to, że nie mogę sobie pozwolić na złamanie w Indonezji nogi, to wybrałam pseudo trampki. Tak - trampki z gumy. Leje, a ja podciągam spodnie do kolan i nie zwracam uwagi na żadną kałużę, dzielnie brnę przez rzekę na ulicy, a jak wracam do domu do obmywam gumiaki pod strumieniem wody i gotowe.
Należy dodatkowo wspomnieć, że deszcz w Bandungu jest ciepły i brudny. Niesamowicie lepi się zroszona deszczem skóra, a wszelkie białe ubrania, czy plastikowe siatki są po deszczu pokryte czarnymi kropkami. Nie mówiąc już o rzekach na ulicach, gdzie z prądem płyną wszelkie śmieci z okolicznych poboczy. Ubrania po deszczu nadają się tylko i wyłącznie do pralni, a po kilku deszczowych dniach, nawet pralnia nie pomaga. Ubrania śmierdzą bowiem wtedy stęchlizną tak bardzo, że zimna woda z pralek tego nie usunie.
W indonezyjskim deszczu chodzić nie należy, ale jak pada codziennie, to ratować może tylko guma, parasol i ogromny płaszcz przeciwdeszczowy. Można walczyć.
Gumiaki dobre na każdą porę.




5/10/2015

Plaża z indonezyjską rodziną

4 samochody, 6 godzin jazdy, 2 dni, 25 osób w tym 11 dzieci, 2 kobiety w ciąży i jedno bule, czyli ja. Tak właśnie wybrałam się na weekendową wyprawę na plażę do Pangandaran, Jawa Zachodnia, Indonezja. Fajnie było.

W Indonezji o fotelikach dla dzieci w aucie nikt nie słyszał. Dzieci w przepełnionym samochodzie siedzą u rodziców na kolanach lub zwyczajnie skaczą po wszystkim całą drogę. Ja jechałam akurat w 7-osobowym samochodzie, w którym na dokładkę znajdowała się trójka dzieci. 6-letnia Tari u mnie na kolanach, roczna Dolis śpiąca u swojej mamy w ramionach i 5-letni Faiz na samym przodzie, bacznie obserwując trasę w pidżamie. Wszystkim oczywiście udało się choć na trochę zasnąć, oprócz mnie. No bo jak zasnąć, gdy droga dziurawa i podwozie na niej aż skrzeczy z wysiłku, gdy co chwilę budzi się któreś z dzieci i marudzi raz bo gorąco, raz bo zimno, raz bo głodne. Uzbroiłam się jednak potężnie w cierpliwość. Od początku wiedziałam, że bardzo mi się przyda. Mieliśmy wyjechać o 10 w nocy, a wyjechaliśmy o 11. Potem trzeba było kogoś odebrać, potem poczekać na wszystkich. Po drodze 5 przystanków na papieroska, na rozprostowanie nóżek, jakieś jedzenie, a rano o 4 do tego wszystkiego wizyta w meczecie.
Krótko jednak po dotarciu na miejsce i rozpakowaniu się w pobliskich plaży domkach, wszyscy ruszyli nad morze. Indonezyjczycy spędzają czas na plaży niesamowicie aktywnie. Wszyscy odważnie wchodzą do wody, wrzucają do niej dzieci, rzucają się piaskiem, budują zamki. To nic, ze piasek wpada wszędzie, to nic że dzieci płaczą, bo się tego piasku najadły lub ten piasek wpadł im do oczu. Polscy rodzice wychodzą z plaży z suchą skórą, a Indonezyjczycy wyglądają tak samo jak dzieci, tak samo zmęczeni i tak samo uśmiechnięci. Choć plaża była przepełniona to nikt nie rozwinął typowego polskiego parawanu, bo wiatr nie wieje, wydm nie ma, a społeczeństwo żyje kolektywnie, więc nie ma się przed czym chronić i od czego zasłaniać. Nie rozpościera się też nigdzie żadnych ręczników. Starsi siedzą na ławeczkach, a reszta wprost na mokrym piasku.
Założyłam bikini pod t-shirt i krótkie spodenki. Tak dla własnego samopoczucia. Nie mogłam się w nim oczywiście pokazać, nie wypada. Indonezyjskie muzułmanki kąpią się w tonach ciuchów. Długie spódnice lub tuniki i leginsy, do tego obowiązkowo chusta. Nie pływają oczywiście, ale pluskają się w wodzie. Pływać i tak się nie dało, bo fale zbyt wysokie.
Z plaży wraca się przed południem, bo do meczetu należy iść na 12. Około 14 znów na plażę, by przed 18 wrócić znów, bo już zapada zmierzch i czas na kolejną wizytę w meczecie. Muzułmanin powinien się modlić 5 razy dziennie, ale na wyjeździe wystarczy 2 lub 3. Wieczorem jest czas na rozmowy. Mężczyźni zastanawiają się nad kupnem ziemi nad plażą i budową hotelu, a kobiety nad lokalnymi cenami i zakupami ciuszków dla dzieci z napisem "I love Pangandaran".  Późnym wieczorem wybraliśmy się na kolację ze świeżych ryb, krabów, krewetek gigantów. Było pysznie. Choć przywieźliśmy ze sobą tonę ryżu, kurczaków, tofu i innych smakowitości, to wszyscy zjedli wszystko pierwszego popołudnia.
Mimo że to zupełnie nie było podróżowanie w moim stylu sprzed roku, czyli plecak i rajskie plaże plus piękna opalenizna, to wypad na weekend bardzo mi się podobał. Bo Indonezyjczycy są śmieszni i choć jest dużo płaczu i krzyku, to jednak wszyscy sobie po tym żartują i wspólnie robią miliony zdjęć. A ja się napiłam soku ze świeżego kokosa, spędziłam kilka dni na słonecznej plaży, a nie w deszczowym Bandungu i nikt mnie nie zaczepiał: "Hello mister", "Picture miss", bo spędzanie czasu z taką ilością Indonezyjczyków sprawia, że przez innych jestem traktowana jak Indonezyjka.

Przesympatyczny i wiecznie uśmiechnięty Fahri co dzień był pełen piasku. 
A wieczorami przytulał się do mnie, by sobie porozmawiać. Raz zaczęłam 
nawet z nim rozmowę po angielsku: "Hello! How are you?". 
A Fahri swoim dziecinnym, wesolutkim głosem odpowiada: "Fuck you!".
Dolis to miłośniczka koni. Nikomu nie pozwalała się dotknąć, a co dopiero wziąć na ramiona,
oprócz oczywiście mamy, taty i babci. Ale za to na koniu pozwoliła się zawieźć na koniec plaży,
tak że wszyscy oprócz ojca zdążyli ją zgubić z oczu. Nie uroniła ani jednej łezki,
ale dumnie, jak prawdziwa księżniczka, rozglądała się wokół.
Vio to rodzinny słodziak. Nadal niewiele mówi, ale za to dużo się śmieje i dużo skacze.
Niewiele spędziła czasu w morzu, wolała popijać sok z kokosa wśród najstarszych z rodziny. 
Faiz się mnie zazwyczaj wstydzi. Na plaży jednak zapomniał o wszystkim i wrzucany w fale przez ojca,
biegający jak oszalały, nawet odważył się zbudować ze mną zamek z piasku. 
Frizka była wody ciekawa, ale po jednym wypadku z falą i piaskiem w ustach oraz oczach,
nie sposób było ją nakłonić do wejścia do wody ponownie, a strój kąpielowy miała przecież przecudowny. 
Księżniczka Aira wiele nie mówi. Ale tak jak jej brat Fahri bardzo dużo się uśmiecha.
Aira powtarza codziennie, że będzie modelką. Od najmłodszych lat cierpliwie pozuje do zdjęć.  
Hafiz dużo biega i dużo krzyczy. Uwielbia zabawę w kuchni, kiedy to wszystkim członkom rodziny karze zmyślać najróżniejsze dania, a on je potem błyskawicznie przygotowuje, dumnie serwując.
A ośmielisz się nie powiedzieć dziękuję! Wtedy to dopiero jest krzyk!
Moja ulubienica to 6-letnia Tari. Cała rodzina zaskoczona jest jak świetnie się dogadujemy.
Bo Tari mnie traktuje jak swoją koleżankę, a powinna, wg indonezyjskiej tradycji,
okazywać starszej od siebie osobie szacunek. Ale Tari jest mądra, bo 6- latka już pisze i świetnie czyta,
więc ma wszystko w nosie i się ze mną kłóci, się na mnie obraża, się ze mną bawi i rozmawia
o gwiazdach, religii, mojej śmiesznego koloru skórze lub prostym nosie. 
Suci w języku indonezyjskim oznacza święty, czysty. Kompletnie nie pasuje do niej to imię.
Bo Suci wysypuje mleko w proszku na kuchenną podłogę i potem wmawia
wszystkim, że nic się nie wysypało, potem że to nie ona, potem że to jej młodsza siostra,
potem że wysypało się przecież tylko trochę. Ja bym ją nazwała Rahasia, czyli tajemnica.
Przesympatyczna kłamczuszka :) 



5/03/2015

Jak to Indonezyjkę opętał duch

Wracam z kina, po dwugodzinnym seansie Avengers: Age of Ultron, gdzie bohaterowie po raz kolejny zapobiegli zagładzie świata i słyszę krzyki dobiegające z łazienki na akademikowym korytarzu. Wybiega stamtąd dziewczyna, z potarganymi włosami i rzuca indonezyjskimi przekleństwami.
- Anjing!!! (po indonezyjsku)
- Anjir!!! (po sundajsku)
Czyli po polsku pies.
Wbiega do pokoju wprost na przeciwko mojego. Ostrożnie otwieram drzwi i chowam się u siebie. Ale myślę, biedna krzyczy, trzeba pomóc. Wychodzę. A dziewczynka biegnie korytarzem, wpada na ochroniarza, który potrząsnął ją tak mocno, że ja bym na jej miejscu rozpadła się na kawałki. Dziewczynę wstrząsnęło i upadła na kafelki. Nagle pojawiły się wokół Indonezyjki. Płakały i modliły się nad dziewczyną leżącą w pozycji embrionalnej na korytarzu. Nadal krzyczy, jednocześnie szamotając się z ochroniarzem. Znów ją wstrząsnął.
- Co się stało? Chora jest? Chłopak ją rzucił? Oszalała?
- Melamun!
Usłyszałam. Co to melamun? Z angielskiego słowo to jest tłumaczone jako daydreaming. Jak mi później wyjaśniono, dziewczyna śniła/marzyła na jawie, zamyśliła się o niczym na moment (tak, właśnie!) i wszedł w nią zły duch.
Duch opuścił dziewczynę po kilku minutach. Przestała krzyczeć i tylko szlochała. Ochroniarz co chwilę wstawał, żeby obiema dłońmi zakryć swoją twarz wśród około 20 Indonezyjek płaczących i szepcących pod nosem modlitwy, jak i nawzajem się przytulających.
A ja nie spałam całą noc, bo mi dziewczyny powiedziały:
- Zszokowana? Pierwszy raz? Tobie też to się może przytrafić...
To tu właśnie wydarzyły się sceny jak z horroru (hoho). Żeński akademik, kampus UNPAS, Bandung.

Kamila Bruczyńska


4/26/2015

Jak to mi zamknęli pralnię

Leje deszcz, a ja idę odebrać pranie, bo majtki mi się skończyły. Wchodzę do pralni, a tu w środku pusto, pralek brak, nikogo nie ma. Zamknęli mi pralnię! Gdzie moje majtki? Pytam okolicznych sprzedawców co się stało z pralnią, a oni, że nie wiedzą, że nie ma.

- Ale oni mają moje ubrania! - usiłuję wytłumaczyć.
- Oh! Tam trochę dalej jest nowa pralnia - odpowiadają mi Indonezyjczycy.
- No dobrze, tylko, że ja chciałabym odzyskać moje ubrania z tej pralni tutaj - ciągnę.
- No ale ta tutaj jest zamknięta - rozkładają ręce.

Kilka godzin później przechodzę obok pralni znów. Pojawiła się karteczka, że pralnia została przeniesiona na ulicę, która oczywiście nic mi nie mówi. Zrobiłam karteczki zdjęcie, wysłałam koledze, kolega pralnię znalazł, pranie odebrał. Paczka z moimi ciuchami była jednak zamknięta przez kilka dni więcej niż powinna, więc zaniosłam paczkę do nowej pralni w pobliżu, by usunąć zapach stęchlizny.

Karteczka z informacją o przeniesieniu pralni. 
Nie mam pralki w Indonezji, no bo i po co? Pralnie są tu tutaj usytuowane na każdym rogu. Kilogram prania kosztuje w Bandungu, w pralni najbliższej mojemu akademikowi, jedyne 5.500Rp (ok. 1,5 zł). Jeśli miałabym  kupić proszek, płyn do płukania, wiadro i męczyć się z praniem ręcznie, to wolę ciuchy zanieść do pralni, by po trzech dniach dostać je z powrotem ładnie zapakowane, wyprasowane i pachnące. Jedynym problemem jest to, że jakiekolwiek plamy niestety w pralni nie schodzą. Ponadto białe ubrania. po kilku wizytach w takiej pralni, żółkną.
By wybrać dobrą pralnię należy zwrócić uwagę na to, czy panienki z pralni palą papierosy, bo potem zdarzają się niewielkie dziurki w ubraniach. Należy również uważnie sortować rzeczy, bo w paczce często się może zdarzać, że znajdzie się nie swoje koszulki czy spodnie, a co gorsze może zniknąć także coś z twoich ubrań. Jeśli pranie znika, nie warto się tam wybierać po raz drugi, ale zmienić pralnię, bo panienki praczki rozłożą tylko przed tobą ręce i powiedzą "oh". W moim akademiku jest taka właśnie pralnia, która rzeczy gubi. Zaufałam jej raz, potem szukałam swoich ubrań w ogromnej stercie rzeczy "zagubionych". Warto również dzielić ubrania na kolory i sukcesywnie je do pralni zanosić, bo jedna osoba to jedno pranie i nieważne ile przyniesiesz i co, to i tak wszystko razem wpadnie do jednego bębna.

4/17/2015

Mój pierwszy raz z durianem

JA: Adi, tak myślę....może kupimy jutro duriana?
Adi: Cooooooooo? Naprawdę?
JA: Myślę, że jestem gotowa. Ale dam ci znać rano, chociaż myślę....TAK.
Adi: Na ulicy, czy w paczce w supermarkecie? W sklepie na pewno będzie słodki, a ten z ulicy nigdy wiadomo.
JA: Na ulicy. Nie jest aż tak drogo. Można zaryzykować.
Adi: hahaha, okey! Nie mogę się doczekać.

Po 1,5 roku w Indonezji wreszcie się zdecydowałam skosztować duriana. Ten śmierdzący owoc pochodzi z Indonezji, Malezji oraz Brunei i jest wizytówką tej części świata. Zawsze się broniłam przed jego spróbowaniem, bo zwyczajnie brzydko pachnie, a co brzydko pachnie z logicznego punktu widzenia musi być niedobre :) Ale jednak kupiliśmy. U ulicznego sprzedawcy. Choć Adi przekonywał mnie, że bezpieczniej będzie kupić go w supermarkecie, w ładnie zapakowanej paczce, bo na pewno będzie słodki, to ja uparłam się jednak, że chcę duriana z ulicy. Bo go sobie podotykam, bo go sobie wybiorę, bo porozmawiam o nim ze sprzedawcą. Podotykać podotykałam. Durian ma duże, ostre kolce. Słowo "duri" w języku indonezyjskim, to kolec, stąd prawdopodobnie nazwa owocu. Wybrać nie wybrałam. Sprzedawca jak tylko usłyszał, że będę próbować duriana po raz pierwszy, sprawę potraktował bardzo profesjonalnie. Zaczął zgromadzone w przydrożnym "sklepie" duriany opukiwać z dołu i z boku, potem wąchać, potem drogą selekcji wybrał kilka z nich i znów opukiwał i wąchał. Aż zdecydował się na bezkształtny, koślawy, poczerniały u nasady. Nie dało się z nim również nawiązać jakiejkolwiek rozmowy. Bo od razu zaczął nam duriana rozcinać. Dał Adiemu odrobinę do spróbowania. Adi zrobił wielkie oczy, że dobre, że słodkie, że bierzemy. Z 45.000Rp wytargował 40.000, czyli ok. 12 zł. Bardzo dobra cena.

Po powrocie do domu mamy Adiego, cała rodzina zebrała się wokół duriana. A pierwsza była babcia. "O całkiem duży,o jak dużo w środku, o jaki słodki, o jaki tani, o jaki dobry". A ja zaklejam nos, zabieram część duriana i wkładam do ust.
Zapach? To akurat proste. Stare, znoszone, przepocone skarpetki.
Konsystencja? To już trudniej. Spodziewałam się coś ugryźć, jak jabłko czy gruszkę. A to coś w rodzaju papki, mocno zbitej, włóknistej, oblepionej wokół brązowej, dużej pestki.
Smak? Oj to już trudno opisać. Dla mnie durian ma smak drożdży. Taki mączny, jakby gdzieś czuło się jakiś proszek, ale tego proszku nie ma. Słodki, ale to nie jest smak cukru jak w innych owocach. I potem się to przełyka jakby się ten zapach starych skarpetek przełykało.

Nie traktowałabym duriana jako owocu, ale jako warzywo. Jadłabym go z chlebem, jak Peruwiańczycy awokado. Roztarłabym na kromce, posypała lekko solą, nałożyła plasterek indyka i sałatę. Może by było dobre, gdyby tak nie śmierdziało. Ale problem z durianem jest taki, że jeśli go się za dużo zje, to w skutek fermentacji owocu człowiek jest pijany. Niektórzy głównie dlatego właśnie duriana lubią. Zdania wśród Indonezyjczyków są podzielone. Niektórzy nad zapachem i smakiem się rozpływają, jak Adi. A niektórzy wymiotują za rogiem, jak mój znajomy z Probolinggo.
Sprzedawca rozcinający nam duriana. 
Chciałam sama wybrać sobie duriana, ale mi sprzedawca nie pozwolił. 
Uliczny sklep durianowy. 
A taki ładny był, okrąglutki, ale podobno gorzki, więc nie pozwolili mi go zabrać. 
Zakleiłam nos plastrem z Kubusiem Puchatkiem. Wtedy byłam gotowa, żeby duriana spróbować. 
A tak wygląda durian w środku. 
Pierwszy kęs. 
Szok z powodu konsystencji.
Ostateczna reakcja. Nie mogę powiedzieć, że durian jest dobry.
Ale powiedzieć, że jest niedobry też byłoby błędem. Jest dziwny, o





4/11/2015

Parkingowy milionerem - z cyklu pracownik w Indonezji

Stoi taki biedny i przemoczony całymi dniami na parkingu, w swojej odblaskowej kamizelce nigdy nie zaznającej dotyku proszku do prania i gwiżdże.

Spotkanie z samą ideą parkingowego w Indonezji było dla mnie nadzwyczaj ciekawe. Bo w Polsce mamy parkingowych, ale tylko na tych strzeżonych placach osiedlowych lub w centrum miasta pod korporacjami, ale na pewno nie pod każdym sklepem. A w Indonezji on się pojawia wszędzie. Pod osiedlowym sklepem, pod restauracją, pod większym warungiem*, pod bankomatem, pod KFC czy McDonald, pod hotelem jak i pod apteką. Czasem jest ich nawet dwóch. Atrybutem jest oczywiście gwizdek. Użyty przy każdym wyjeździe pojazdu z parkingu, nawet wtedy gdy ulica jest pusta. Najważniejsze w pracy parkingowego jest jednak to ile zarabia. Z reguły taki osobnik wygląda na biednego ze względu na ciemną skórę pełną zmarszczek od słońca, starte klapki, ubłocone spodnie i niepraną od wieków odblaskową kamizelkę. Ale okienka samochodów i rączka z pieniążkami otwiera się dla parkingowego przy każdym wyjeździe, a wizyt motorów przy nawet najmniejszym warungu jest od groma.

Parkingowy w Bandungu z reguły dostaje 2.000 od motoru i 5.000 od samochodu.

Uderzając nisko, czyli 80 motorów i 20 samochodów daje 260.000 dziennie. To 7,8 mln indonezyjskich rupii miesięcznie, czyli ok. 2.300 zł.

Uderzając wyżej, niewielkie KFC. 160 motorów i 60 samochodów dziennie. To daje 620.000 tys. dziennie. Czyli miesięcznie? 18,6 mln, a to 5.580 zł.

Uderzając wysoko, czyli znany z dobrego jedzenia Warung Setiabudhi, blisko mojego kampusu. Miejsce dwupoziomowe, gdzie sprzedaje się głównie surabi. Ciągły ruch! 400 motorów i 100 samochodów dziennie. Jeśli średnia nie zostanie wyrobiona w ciągu tygodnia, z pewnością nadrobi się w weekend. Dziennie daje to 1,3 mln rupii, miesięcznie 39 mln rupii, czyli 11.700 zł.

W głowie się przewraca, że ten człowiek biegający z parasolem i odprowadzający pojazdy do wyjazdu może zarabiać takie pieniądze. Parkingowy pracujący na ulicy zatrzymuje wszystko dla siebie, jednak jeśli dane miejsce zaadaptowało na swoje potrzeby plac parkingowy, wtedy oddaje część właścicielowi, ale nie wiem jaki procent.

Zaznaczam, że z liczbami nie przesadzam, bo Indonezja to 240 mln kraj. W samym Bandungu żyje ponad 2,5 mln osób, a Indonezyjczycy zwykle często jedzą poza domem, bo jedzenie na ulicy jest tanie i dostępne na każdym zakręcie, co w Indonezji oznacza co 2 metry. Co więcej nikt również nie chodzi, każdy klient do każdego miejsca dojeżdża czy to motorem, czy też samochodem.



Zdjęcia: Google, dong! 

3/30/2015

Indonezyjski islam część IV


Założyłam na uniwersytet czarne rajstopy, krótkie spodenki i bluzkę sięgającą ich brzegu. Zostałam przez nauczycielkę zbesztana i wyśmiana przed całą klasą, że nie wypada. Na indonezyjskich uniwersytetach istnieje kod dotyczący ubioru. Nie można przyjść w japonkach, bluzkach na ramiączkach i najwidoczniej w krótkich spodenkach. W Semarang moje rajstopy i shorty akceptowali, na Pasundan w Bandungu już nie. A wydawałoby się, że Bandung jest bardziej otwarty w takich aspektach. W końcu to indonezyjska stolica mody. Naskarżyłam na nauczycielkę za moje publiczne upokorzenie do mojego opiekuna w ramach studiów na uniwersytecie. Wydawało się, że zrozumiał błąd nauczycielki, ale czy zadzwoni i zwróci jej uwagę, tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.

Popełniłam błąd w ubiorze, to fakt, ale jako obcokrajowiec wychowany w państwie katolickim, wydaje mi się (albo przynajmniej tak siebie usprawiedliwiam), że nie sposób jest uniknąć tego typu błędów w państwie muzułmańskim. Tym bardziej jeśli ma się do czynienia ze zgorzkniałą, wiekową muzułmanką w chuście. Wystarczyło zwrócić mi uwagę na korytarzu, a nie przedstawiać nowo poznanym znajomym z klasy jako dziewczynę, która nie szanuje indonezyjskiej kultury i nie zna kompletnie żadnych zasad panujących w tym państwie. Trudno jest w Indonezji określić jakie zachowania są tu społecznie dozwolone, a które wystawiają cię na pośmiewisko, pogardę i osąd. Na pewno nie należy używać lewej ręki w kontaktach międzyludzkich lub publicznie okazywać sobie uczuć w relacji damsko-męskiej jak na przykład całusy czy przytulanie, ale już wskazywanie na kogoś palcem przez niektórych jest uważane za obraźliwe, a innych w ogóle nie razi. Albo założenie przez kobietę nogi na nogę przez niektórych uważane jest za wyraz elegancji, a dla innych jest ewidentnym sygnałem arogancji. I co ma obcokrajowiec zrobić, żeby się z tym społeczeństwem zlepić w jedno i nie czuć się skrępowany w kontaktach międzyludzkich?

Z moich obserwacji wynika, że na indonezyjski uniwersytet należy się ubierać przede wszystkim skromnie. Jeansy lub suknia po kostki i koszulka poza łokcie. W przypadku muzułmanek chusta nie jest wymagana. Wybór, czy chustę założyć czy nie, należy do studentek i głównie zależy od względów rodzinnych czy pokoleniowych, w sensie jeśli matka chodzi w chuście, to córka pewnie też będzie ją ubierać. W oparciu o islam, być może tylko ten indonezyjski, noszenie chusty absolutnie nie jest nakazane. Istnieje jednak przekonanie, że jeśli chustę zakładasz to miej do niej szacunek i zakładaj ją w każdej sytuacji, a nie tylko tam gdzie wypada pokazać się w aspekcie religijnym od tej "dobrej strony". Palenie papierosów czy picie piwa mając ubraną na głowie chustę, jest postrzegane jako gorsze niż zupełne z niej zrezygnowanie. Co ciekawe jednak, te ubrane do południa w chusty Indonezyjki wieczorami można spotkać chodzące w piżamach z rozpuszczonymi, rozwianymi włosami, szukające jedzenia po ciemnych uliczkach. Piżamki we wzorki, często krótkie i z cienkiego, prawie prześwitującego materiału. Hipokryzja? Taki właśnie jest indonezyjski islam.

Jako że cały post był o zakrywaniu ciała, to w ramach kontrastu pokazuję moje gacie.
Zdjęcie z Bali, bo Bali jest hinduska i tam się nawet spotyka laski z w samych stringach. 





3/29/2015

Indonezyjski islam część III

Dlaczego nijaki Agus jest idolem Indonezyjek?
Agus ma 22 lata, najlepszy uczeń na UNNES, mister Semarang, wzorowy muzułmanin, uwielbiany przez rzesze Indonezyjek. Dla Europejek wcale nie wydaje się być przystojny. Raczej koślawy, nijaki, bez osobowości. Wybrano go jako jednego z opiekunów studentów Darmasiswy z UNNES. To było dla niego chyba najtrudniejsze zadanie w życiu. Nie tylko trudno mu było złapać kontakt z nami, czyli zagranicznymi studentami, ale i dzieliła nas również bariera językowa (słaba znajomość języka angielskiego połączona z silnym jawajskim akcentem) jak i psychiczna (ogromna nieśmiałość). 
Najgorszym dla Agusa momentem w poznawaniu studentów Darmasiswy był jednak chyba moment pożegnania najmilszej uczestniczki programu, Kate, pochodzącej z Wielkiej Brytanii. Wszyscy ją przytulali, całowali, płakali, nawet słynąca z powściągliwości Japonka.  A Agus stał w kącie. Kate w końcu do niego podeszła i z całej siły przygarnęła go do siebie ramionami w uścisku. Agus poczerwieniał. Speszony wyszedł z budynku i pojechał do domu. Potem opowiadał kolegom, że był to jeden z najważniejszych momentów w jego życiu. Agus po raz pierwszy został przytulony przez kobietę/dziewczynę/płeć żeńską. I nie dlatego, że nigdy wcześniej nie miał okazji, ale dlatego że wierzy, iż uścisk, buziak, dotyk w ogóle - pierwszy i każdy kolejny - jest zarezerwowany tylko dla jednej kobiety, dla jego przyszłej żony. I to go pewnie czyni takim popularnym wśród płci pięknej w 2 milionowym indonezyjskim mieście Semarang. Bo jego chłopięcość, niewinność, skromność, inteligencja i głęboka wiara w Allaha po prostu kładzie Indonezyjki na kolana. A Europejki mówią: o przestań, on jeszcze nawet nie jest mężczyzną.