Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indonesia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indonesia. Pokaż wszystkie posty

11/08/2015

Market sztuki i antyków w Bandungu

Na pasar seni dan antik w Bandungu chciałam się wybrać, bo usłyszałam, że mają tam sporo maszyn do pisania za grosze. A że chciałabym jedną mieć, to namówiłam Adiego na wycieczkę. Spodziewałam się budek, namiocików, jakiś obrusów rozkładanych na ziemi jak to bywa u nas na pchlich targach. A tu różowy budynek, winda, 4 piętro i garaże. Garaże, czyli niewielkiej powierzchni sklepiki zamykane po długim dniu na roletę ze stali. Większość sklepików była pusta, w sensie można było spokojnie obejrzeć wszystkie zgromadzone tam skarby, ale ich właściciela brakowało. Rzeczywiście było mnóstwo maszyn do pisania, ale nie kupiłam żadnej, bo jak tak chodziliśmy z Adim po tych garażach, to nawet nam się o ceny nie chciało zapytać. Chcieliśmy tylko jak najwięcej dziwacznych rzeczy zobaczyć, a było ich mnóstwo. I zdjęcia porobić. Tak jakoś wyszło :)



Ktoś kiedyś musiał to namalować...kury :) 
hmmm... i ta wayang'owa lalka obok :) 

A muzyka na pasarze nie rozbrzmiewała. 
Skąd to wzięli? nie wiem, nie było kogo zapytać. 


Takich stert różności było sporo. 
Że tam vespa no to vespa, ale te białe buty? epickie :) 
Jezus w muzułmańskiej Indo? 
2, 5 rupii :) 

Wystraszył mnie na korytarzu:) 


Tak właśnie wygląda market sztuki w Bdg :) 



10/16/2015

W poszukiwaniu baterii do telefonu

Bateria w moim telefonie Lenovo niebezpiecznie się wybrzuszyła i trzymała max może ok. 2 minut. Nadszedł wobec tego czas, aby poszukać nowej. Wybrałam się do Bandung Electronic Center, czyli mekki dla wielbicieli wszelkiego sprzętu technologicznego na terenie Jawy Zachodniej.

BEC - technologiczna mekka w Bandungu.
Wchodzę do centrum serwisowego Lenovo. Dwie panienki za ladą. Kolejka. Siadam na czerwonych pufach i czekam. Nagle jedna z panienek wyczytuje numerek. Numerki! Pytam gdzie...znalazłam. Myślę: centrum serwisowe międzynarodowej marki z numerkami? oo będzie profesjonalnie. Wyczytano mój numerek. Pokazuję baterię nie mówiąc ani słowa.
Panienka idzie do kantorka. Wraca.
- We not have. [My nie mieć]
- But I need one. [Ale ja ją potrzebuję]

Panienka znów idzie do kantorka. Minuta. Dwie. Wraca.
- We not have. [My nie mieć]
- So where can I get one? [Więc gdzie ją mogę dostać?]

Panienka idzie kolejny raz do kantorka. Trzy minuty. Wraca. Pokazuje karteczkę na której zostało chwiejnym pismem napisane:
We not have. You go to office other. [My nie mieć. Ty iść do biura innego.]

Nie przesadzam. Mam świadków na tą karteczkę. Zaczęłam rozmowę po indonezyjsku. A i tak niewiele więcej się dowiedziałam. To biuro baterii nie wydaje, wydaje je inne biuro i to na drugim końcu miasta. Dlaczego? No bo tak. Tu mają wszystko oprócz baterii.

Kilka dni później jadę z Adim do miejsca, gdzie bateria powinna być. Jest dokładnie tak samo wyglądające centrum serwisowe Lenovo. Zza lady widać ok. 20 osób w firmowych koszulkach, a klientów brak. Oddałam pałeczkę Adiemu. Po Sundajsku pewnie się chłopak z nimi dogada.
- Nie ma baterii tutaj.
- A gdzie jest?
- W budynku obok.
- Nam powiedziano, że tutaj będzie.
- Ale nie ma.
- Czyli tam na pewno będzie?
- Tak.
- No dobrze, to pójdziemy tam.
- Ale jest już po 14:00, dziś już zamknięte.
- Jak to?
- No tak. Tamto biuro jest otwarte od 11:00 do 14:00. (a od 12:00 do 13:00 przerwa na modlitwę)
- Ok. Dziękuję bardzo. Dziękuję. Dziękuję.
I jeszcze kilka "dziękuję" ze strony Adiego nie wiem po co.

Adi pojechał do biura nr 3 po 11:00 następnego dnia. Zdobył baterię, dzwoniąc do mnie po jakieś dziwne numery kilka razy. No ale bateria jest, działa i zamierzam bardzo o nią dbać.

9/27/2015

Ludzie ulicy - z cyklu pracownik w Indonezji

Wyróżniam trzy zajęcia, moim zdaniem najdziwniejsze, którymi trudnią się Indonezyjczycy. Pierwsze to stare baby z koszami, drugie to tragarze z jedzeniem, trzecie to dzieci w farbie.

Na ulicach najbardziej zaludnionej wyspy w Indonezji, czyli Jawy, często można spotkać zmęczone kobiety z ogromnym koszem na plecach wypełnionym podejrzanymi butelkami, termosami, szmatkami i niewielkimi szklaneczkami. Najczęściej widać je baaaaaardzo wcześnie rano lub w okolicach godz. 12:00. Kosz trzyma się na plecach na brudnej opasce w batikowym stylu, przewieszonej niezdarnie w talii i na ramieniu kobiety. Widać, że jest ciężki, bo ta ok. 50 czy 60-letnia kobiecina słania się zazwyczaj pod jego ciężarem.Gdy natknie się na klienta, ściąga kosz z pleców, siada gdzieś na uboczu i wyjmuje przyrządy jednocześnie uważnie rozglądając się na całą okolicę. Co jest w termosach? Jakiś płyn. Przypomina kawę, ale na indonezyjskich ulicach co chwilę można napić się słodkiej kawy, więc nie miałoby to sensu, żeby ona z tym koszem chodziła i sprzedawała kawę. Więc co? Słyszałam, ale nie wiem czy to prawda, że jest to coś w stylu lekarstwa. Nazywa się obat jamu, czyli zioła lecznicze, które mają leczyć różnego rodzaju choroby, ale jakie już nie wiem. Piją je najczęściej mężczyźni, jednym haustem, wylewając zamaszyście na ulicę resztkę ze szklanki. Kobiecina przepłukuje szklaneczkę lekko wodą z butelki, z kosza, by potem zaoferować kolejną porcję innej osobie. Za jedną szklaneczkę płaci się 2 tysiączki rupii, czyli ok. 60 groszy.

Tu wygląda to słodko i przyjemnie, ale najczęściej kosz jest znacznie większy, a osoba pijąca ze szklaneczki obrzydliwa, bo z reguły jest to jakiś brudny mężczyzna po 40-stce.
Tragarze z jedzeniem, to mężczyźni, którzy noszą ogromne pudła z różnego rodzaju przekąskami po ulicach.Pudła są duże, zawieszone na kiju, który zarzuca się na ramieniu.W zależności od tego jakie jedzenie niosą odpowiednio dają o tym znać mieszkańcom. Na wyposażeniu takiego sprzedawcy jest niewielki młoteczek lub drewienko, którym uderza się w kij na ramieniu. Powstający w ten sposób głuchy dźwięk zawiadamia wszystkich w okolicy, że właśnie przechodzi tukang bakso/sate/pempek i inni, czyli sprzedawca bakso (mięsne kuleczki)/sate (szaszłyki)/pempek (kruche ciasto z podrobami rybnymi w środku). Tukang pojawia się w ulewę czy największy upał, z reguły o podobnej porze. Każdy z nich ma swój konkretny rejon. Nie kupuję od nich często jedzenia, bo wydaje się, że jest ono stare, trzymane w zamkniętych pudłach w 40 stopniach i zwyczajnie brudne. Poza tym łażą leniwie po ulicach i budzą mnie uderzaniem młoteczka, więc za nimi  nie przepadam.

A tutaj w pudłach Pan ma składniki dla szaszłyków z królika, zwane sate kelinci. Sate z ulicy jest najlepsze!
Dzieci w farbie, to 13-16-letni chłopcy, którzy na największych skrzyżowaniach w mieście chodzą pomiędzy autami żebrząc.Są półnadzy, wymalowani srebrną farbą i wyglądają jak kosmici. Mają przy sobie często skromny kartonik z napisem, że zbierają na jakąś szkołę czy ochronkę, co podobno jest totalną bzdurą. Dlaczego ludzie im dają pieniądze? Bo farba, którą malują się te nastolatki ma, wg nich, działanie rakotwórcze. Jest bardzo trwała, to znaczy nie schodzi nawet w największym upale.

Fot. Blog Catatanku.

8/19/2015

Indonezyjskie chłopaki

Obiecałam wam kiedyś post o indonezyjskich chłopcach. No to piszę. Nie będzie to post o Adim, bo to mało indonezyjski facet. Ale tak jak w przypadku dziewczyn (link do postu pod koniec), porównam Sundajczyków (Jawa Zachodnia) oraz Jawajczyków (Jawa Centralna).

Na pierwszy ogień idą Jawajczycy. Typowym mieszkańcem Jawy Centralnej jest dla mnie Anjar, chłopak Portugalki z którą mieszkałam w Semarang. Chyba już ex. Nazywaliśmy go shadow [cień], bo Anjar wiecznie chodził za Guidą. Ona szła do swojego pokoju, on za nią. Ona szła po komputer, on za nią. Ona szkła do kuchni, on za nią. Ona wracała do domu z uczelni, on był u nas w domu w ciągu minuty. I poza tym, że się wszędzie za nią szwendał, to w sumie nic większego nie robił. Chodził za nią do kuchni czy do pokoju żeby tam po prostu postać i patrzeć co robi. Jak Guida szła do ubikacji, to nie wchodził tam z nią (noo nie!), ale stał pod drzwiami albo podchodził co 5 sekund, żeby zapytać czy już wychodzi. Anjar miał wtedy 19 lat, Guida 23. Wszyscy wokół mówili, że jest z Guidą tylko ze względu na to, że to prestiż, bo wszystkim na uczelni opowiadał, że ma dziewczynę bule*. Poza tym Anjar nigdy nie dotykał Guidy w domu. Nigdy nie przytulał, nigdy nie dał jej buziaka, rzadko nawet się z nią żegnał, on po prostu wtedy wychodził. Ale za to publicznie, gdzieś na ulicy, zawsze trzymał ją nisko w talii albo klepał gdzieś po plecach. Tak jak już zaznaczałam w niejednym poście, publiczne okazywanie uczuć w Indonezji nie jest mile widziane. Tym bardziej zaskakiwały wszystkich reakcje Anjara, co oznaczało dla nas, że robi wszystko na pokaz. Anjar nie mógł zaprosić Guidy do swojej wioski. Jego rodzina była bardzo muzułmańska. Guida musiałaby dostać pozwolenie od lokalnych władz na zostanie w domu u jednego z jego członków rodziny i wg Anjara wypadałoby żeby założyła, na ten cały pobyt u niego, chustę na głowę. Choć o pozwoleniach na pobyt słyszałam, bo to jakaś zamierzchła administracja, że niby w przypadku kradzieży będzie wiadomo kto, gdzie był, to opowieści o chuście są raczej totalną bzdurą. Mama Anjara prawdopodobnie nie wiedziała nawet, że ma chłopak dziewczynę bule. Co więcej o Jawajczyku? Anjar nosił głównie batik - tkaninę z indonezyjskimi wzorami. Kiedyś założył jeansy dzwony. Mieliśmy spory ubaw. Poza tym Anjar niewiele mówił. Nie mógł poprawnie zbudować zdania czy to po angielsku czy po indonezyjsku. Miał bardzo silny, jawajski akcent, który sprawiał, że nikt do końca z nim nie chciał rozmawiać, nawet Adi. Oprócz Guidy, która w sumie zadowalała się tym, że Anjar jej po prostu słucha. Kiedyś Anjar zaprosił Adiego do Semarang.

- Kiedy przyjedziesz do Semarang?
- Nie wiem. Po co? Kamila mieszka teraz w Bandungu.
- No ale jest akurat sezon na rambutan!

Rambutan to taki owoc. Rośnie w całej Indonezji. Nie wiem czemu Anjar chciał zaprosić Adiego na owoce do Semarang hahaha. Anjar w Semarang studiował Geografię. Nie potrafił jednak wymienić największych, indonezyjskich wysp, a o położeniu na mapie Polski czy Portugalii nie wspomnę. Miły chłopak, choć koślawy.
A o to Anjar i jego zdjęcie w tle na fejsie. 

Przejdę teraz do Sundajczyków. Adi odpada, więc opowiem o moich niespełnionych adoratorach i związanych z nimi kilku historiach. Słyszałam, że jeśli dziewczyna z grupy kilku chłopaków wybiera konkretnego kierowcę motoru, który ma ją gdzieś tam zawieść, to oznacza to, że chce z nim być. Jeśli dziewczyna na sms o treści "hej, co robisz" odpowie "mam się dobrze", to oznacza, że nie jest zainteresowana, ale jeśli odpowie "mam się dobrze, a Ty?", wtedy to oznacza, że można zacząć ją podrywać. Podrywanie polega na wysyłaniu sms na dzień dobry, w porze obiadowej i na dobranoc. Jeśli ma się chłopaka, a mimo to często się wysyła wiadomości do innych facetów, nawet jeśli jest to wyłącznie przyjaciel, to oznacza to, że ta dziewczyna zdradza swojego chłopaka. Jeśli konwersacja przez sms czy messanger będzie się przedłużać, to oznacza, że jest się parą. Sundajczycy są bardzo kochliwi. Zakochują się szybko, od razu mówią, że cię kochają (ok. miesiąc znajomości przez telefon lub kilka wspólnych spotkań ze znajomymi). Słuchają mnóstwo miłosnych piosenek i potrafią bez problemu je zanucić w każdym momencie. Zerwanie z dziewczyną bardzo przeżywają, często przez kilka miesięcy, gdzie za każdym razem zdarzyło mi się słyszeć, że ta kobietka(!) to okropna suka, która na pewno tego biednego chłopca zdradzała z innymi. No bo raz się zdarzyło, że ktoś widział jak jakiś chłopak wchodził do jej pokoju i zamknęli za sobą drzwi! Sundajczycy się świetnie ubierają. Znają się na ciuchach jak nikt. Zwracają uwagę na tkaninę, szycie, krój, użyteczność ciucha, kolor, odcienie i oczywiście styl. Typowy Sundajczyk to podróbka trampków Vans, czapka z daszkiem i bluza koniecznie z jakimś logo lokalnego band'u. Na pewno ma jakieś wtyki w lokalnej firmie odzieżowej albo coś produkuje i mówi, że to super new design - na przykład bluza z innym logo niż nosi. A teraz przykłady: typowym dla mnie Sundajskim chłopcem jest Alcham. Miał dziewczynę Niemkę przez kilka lat, której fundował drogie podróże po Indonezji zarabiając na nielegalnym pozyskiwaniu plików mp3 w sieci (podobno). Niemka go rzuciła dla innego. Chłopak się załamał, ale widząc mnie na imprezie sylwestrowej, nie rozmawiając ze mną ani sekundy, postanowił się do mnie odezwać, bo a nuż. A że ja jeszcze o tych wszystkich zasadach nie wiedziałam, to byłam dla Alchama bardzo miła, bo to może jakiś przyjaciel przyjaciół. Alcham w końcu, po ok. pół roku lepszej lub gorszej znajomości, czyli pisząc do mnie raz w tygodniu jak się masz i co robisz, zapytał czy mam chłopaka. Jasne! Adi, świetny facet. No i do dziś nie mam z Alchamem kontaktu. Podobnie było z Rezą. Reza napisał do mnie pewnego dnia, że ma dziewczynę i nie powinniśmy do siebie tak często pisać. Czyli z kontaktu raz na miesiąc w stylu dokąd akurat podróżujesz zrobiło się nic. I takich przykładów mam jeszcze kilkanaście. Ach ci Sundajczycy. Poza tym Sundajczycy świetnie kłamią i w Indonezji mówi się, że to oni właśnie najbardziej zdradzają ze wszystkich mężczyzn na świecie. Ale przynajmniej nie noszą batiku :)
Alcham. Sorki, że akurat nie ma czapki z daszkiem, bo zdjęcie na tym traci, ale w gruncie rzeczy
to właśnie typowy dla mnie Sundajczyk.
Link do postu o indonezyjskich dziewczynach: http://abdingartos.blogspot.com/2015/02/no-rusz-dupe-nie-stoisz-jak-ciele.html

6/07/2015

Śmierdzące petai

Petai mi przypomina zmutowany groszek. O matko jak to śmierdzi. Wyobraź sobie najgorszego bąka jaki ktoś puścił, to właśnie jest zapach petai. Uwalnia się przy każdym, nawet najmniejszym poruszeniu strączków. Przy mnie petai jedzono z ryżem. Uprzednio nad sporym ogniem opiekano fasolę jak saszłyki. Nie opiszę niestety ani jego smaku, ani konsystencji. Nie czuję się bohaterką by petai dotknąć, a co dopiero włożyć do ust. Tak jak w przypadku duriana, zdarzają się smakosze petai. Indonezyjka na zdjęciu poniżej bardzo tą fasolę lubi.

Sundajka dumnie prezentująca strąki petai. 
Petai rośnie na drzewach sięgających 30 metrów. Występuje w Malezji czy w Indiach i oczywiście bardzo znane jest w Indonezji, szczególnie wśród Sundajczyków, czyli Jawie Zachodniej. Zwane jest również śmierdzącą fasolą lub pete.

5/31/2015

Pomoc domowa - z cyklu pracownik w Indonezji

Na zdjęcie dziewczynki w mundurku pomocy domowej czekałam już od dawna. Aż tu pewnego dnia wybrałam się z Adim popływać - przez kilka dni w Bandungu nie padało, święto, trzeba było wykorzystać. Akurat trafiliśmy na chińskie urodziny na terenie hotelu z "naszym" basenem. Idealna okazja, bo to oznacza, że rodzice dziecka są bogaci, skoro stać ich na wystawną imprezę urodzinową dla dziecka, a tym samym stać ich na pomoc domową! Przyczajona na leżaczku pod parasolką, z iPhonem Adiego w ręku, czekam aż panienka zechce zbliżyć się do basenu. Znalazło się kilka. Zadowolona z basenu czym prędzej znikam, bo zaczęło kropić - welcome to Bandung. Proszę Adiego o przesłanie zdjęć. Dostaję dwa.

- Ale ja chcę też panienki w mundurkach!
- Po co? Usunąłem. Myślałem, że się tylko bawiłaś aparatem.
- Jak to usunąłeś? Przecież to strasznie ciekawe zdjęcia! Specjalnie iPhonem robiłam, żeby ładne były.

Odgrzebał kolejne dwa, więc postanowiłam z postem nie czekać i czym prędzej opisać fenomen pomocy domowej w Indonezji, który najwyraźniej Adiemu wydawał się tak błahy, że lepsze zdjęcia bezpowrotnie skasował.

Dziewczyny w mundurkach spotyka się nie tylko na większych eventach, ale często w najzwyczajniejszym centrum handlowym czy w restauracji. Mundurki są najczęściej koloru niebieskiego lub białego, zdarzają się również różowe. Do tego niezawodne podróbki crocsów. Na ramieniu często wisi torba z butelkami, chusteczkami, pudrem dla dzieci i drobnymi przekąskami. Wiem, bo zamek tej torby rzadko jest zamknięty i wszystko z niej wyziera. Pewnie dlatego, by pomoc mogła mieć wszystko w sekundę pod ręką. Często do niej sięga, najczęściej po chusteczki nawilżające przecierając dziecku rączki. Mundurek ma przede wszystkim odróżniać pomoc od reszty rodziny. Podejrzewam jednak, że chodzi również o to, by zaznaczyć, że nie jest ona nastoletnią córką, czyli matka nie jest jeszcze na tyle stara. Zdarzają się również pomoce domowe bez mundurków, ale i tak widać różnicę. Matka w pełnym makijażu i idealnie skrojonych ciuchach, a pomoc w koszulce z napisem "Beauty", wytartych jeansach i potarganych włosach.

Pomoc domowa w restauracji siedzi albo przy osobnym stoliku, albo na osobnym krześle gdzieś blisko. Gdy przychodzi menu, nie wybiera, rodzice dziecka wybierają dla niej danie. Z tego co zaobserwowałam, a obserwuję te dziewczynki już prawie dwa lata, to z reguły dostają smażony ryż. Gdy przychodzi jedzenie, pomoc najpierw karmi dziecko. To całkiem długi proces, bo dziecko raczej szybko z talerza nie wcina, do tego ma przy sobie jakąś zabawkę (najczęściej tablet), z którą chodzi wokół stolika. Gdy rodzice uznają, że dziecko się najadło, pomoc może przystąpić do zjedzenia swojej porcji, którą kończy w kilka minut.
Na basenie pomoce domowe biegały do kosza z pieluchami, uważały by dziecko nie wpadło do wody, oprowadzały je po kompleksie, bawiły się w różnego rodzaju gry urodzinowe. Rodzice stali obok, bacznie obserwując, czasem się przyłączając, ale najczęściej jednak siedzieli pod parasolkami i rozmawiali sącząc soczki.
Zdarzało mi się widzieć i poznać pomoc, która głowie rodziny zakładała nawet skarpetki. Mieszkała w garderobie z materacem i biurkiem bez krzesła. Co więcej nie wiedziała przy jakiej ulicy mieszka. Mówiła, że wie tylko do którego sklepu ma chodzić na zakupy. Ale to chyba było wyłącznie ekstremum i na co dzień niekoniecznie się tak zdarza.

Czy żal mi tych dziewczynek? Trochę. Dla większości z nich to jednak praca u bogatszych członków rodziny, którzy całkiem znośnie ją traktują, a ona wysyła zarobione pieniądze wielodzietnej rodzinie w mniejszym mieście. Może to być również przerwa w studiach lub zebranie na nich pieniędzy. Dla innych to po prostu sposób na życie. Na basenie spotkałam Chińczyków, ale tylko z rysów twarzy, bo mówią po indonezyjsku, czy sundajsku, co oznacza, że to pewnie któreś pokolenie z kolei chińskich imigrantów, które urodziło się już tutaj, w Indonezji. Częściej też pomoc w mundurku spotyka się właśnie z nimi niż z Indonezyjczykami. Ale w bogatszych domach, właśnie typowo indonezyjskich, pomoc jest na porządku dziennym. Nie sądzę, aby była to wobec tego chińska tradycja. Nie jestem przeciwna pomocy domowej, ale mundurki spotykane na ulicy rażą w oczy. Sposób traktowania też niekoniecznie się podoba. Nie mnie jednak oceniać, same o siebie muszą zawalczyć.

Niebieski mundurek, podróbki crocsów i dziecko za rączkę, to obraz pomocy domowej w Indonezji.
Najczęściej pomoc domowa to młode dziewczyny.
Niestety przez to, że Adi usunął inne zdjęcia wstawiam tą trochę starszą.




5/16/2015

W Bandungu zaopatrz się w gumowe buty!

Jest pochmurno i deszcz pada właściwie codziennie. Od ponad 6 miesięcy dzień w dzień. To mżawka, to ulewa, to burza. Często wszystkie trzy w jednym dniu. Pora deszczowa powinna się już dawno skończyć. Jedni mówią, że to przez tajfun na Filipinach i skończy się niedługo. Inni nie pozostawiają żadnej nadziei i tłumaczą, że to Bandung i tu zawsze pada. Postanowiłam zainwestować w gumiaki. Ale nie te polskie po kolana, bo woda wlewałaby mi się do środka jak do wiadra. Ale za proste, lekkie, zrobione z gumy buciki. W Indonezji co roku jest nowy trend. W poprzednim każda Indonezyjka nosiła crocsy, oczywiście podróbki. W tym roku chodzą w gumowych sandałkach, w których często robią niesamowite piruety, ponieważ paski dobrze nie trzymają. A ja ze względu na to, że nie mogę sobie pozwolić na złamanie w Indonezji nogi, to wybrałam pseudo trampki. Tak - trampki z gumy. Leje, a ja podciągam spodnie do kolan i nie zwracam uwagi na żadną kałużę, dzielnie brnę przez rzekę na ulicy, a jak wracam do domu do obmywam gumiaki pod strumieniem wody i gotowe.
Należy dodatkowo wspomnieć, że deszcz w Bandungu jest ciepły i brudny. Niesamowicie lepi się zroszona deszczem skóra, a wszelkie białe ubrania, czy plastikowe siatki są po deszczu pokryte czarnymi kropkami. Nie mówiąc już o rzekach na ulicach, gdzie z prądem płyną wszelkie śmieci z okolicznych poboczy. Ubrania po deszczu nadają się tylko i wyłącznie do pralni, a po kilku deszczowych dniach, nawet pralnia nie pomaga. Ubrania śmierdzą bowiem wtedy stęchlizną tak bardzo, że zimna woda z pralek tego nie usunie.
W indonezyjskim deszczu chodzić nie należy, ale jak pada codziennie, to ratować może tylko guma, parasol i ogromny płaszcz przeciwdeszczowy. Można walczyć.
Gumiaki dobre na każdą porę.




5/10/2015

Plaża z indonezyjską rodziną

4 samochody, 6 godzin jazdy, 2 dni, 25 osób w tym 11 dzieci, 2 kobiety w ciąży i jedno bule, czyli ja. Tak właśnie wybrałam się na weekendową wyprawę na plażę do Pangandaran, Jawa Zachodnia, Indonezja. Fajnie było.

W Indonezji o fotelikach dla dzieci w aucie nikt nie słyszał. Dzieci w przepełnionym samochodzie siedzą u rodziców na kolanach lub zwyczajnie skaczą po wszystkim całą drogę. Ja jechałam akurat w 7-osobowym samochodzie, w którym na dokładkę znajdowała się trójka dzieci. 6-letnia Tari u mnie na kolanach, roczna Dolis śpiąca u swojej mamy w ramionach i 5-letni Faiz na samym przodzie, bacznie obserwując trasę w pidżamie. Wszystkim oczywiście udało się choć na trochę zasnąć, oprócz mnie. No bo jak zasnąć, gdy droga dziurawa i podwozie na niej aż skrzeczy z wysiłku, gdy co chwilę budzi się któreś z dzieci i marudzi raz bo gorąco, raz bo zimno, raz bo głodne. Uzbroiłam się jednak potężnie w cierpliwość. Od początku wiedziałam, że bardzo mi się przyda. Mieliśmy wyjechać o 10 w nocy, a wyjechaliśmy o 11. Potem trzeba było kogoś odebrać, potem poczekać na wszystkich. Po drodze 5 przystanków na papieroska, na rozprostowanie nóżek, jakieś jedzenie, a rano o 4 do tego wszystkiego wizyta w meczecie.
Krótko jednak po dotarciu na miejsce i rozpakowaniu się w pobliskich plaży domkach, wszyscy ruszyli nad morze. Indonezyjczycy spędzają czas na plaży niesamowicie aktywnie. Wszyscy odważnie wchodzą do wody, wrzucają do niej dzieci, rzucają się piaskiem, budują zamki. To nic, ze piasek wpada wszędzie, to nic że dzieci płaczą, bo się tego piasku najadły lub ten piasek wpadł im do oczu. Polscy rodzice wychodzą z plaży z suchą skórą, a Indonezyjczycy wyglądają tak samo jak dzieci, tak samo zmęczeni i tak samo uśmiechnięci. Choć plaża była przepełniona to nikt nie rozwinął typowego polskiego parawanu, bo wiatr nie wieje, wydm nie ma, a społeczeństwo żyje kolektywnie, więc nie ma się przed czym chronić i od czego zasłaniać. Nie rozpościera się też nigdzie żadnych ręczników. Starsi siedzą na ławeczkach, a reszta wprost na mokrym piasku.
Założyłam bikini pod t-shirt i krótkie spodenki. Tak dla własnego samopoczucia. Nie mogłam się w nim oczywiście pokazać, nie wypada. Indonezyjskie muzułmanki kąpią się w tonach ciuchów. Długie spódnice lub tuniki i leginsy, do tego obowiązkowo chusta. Nie pływają oczywiście, ale pluskają się w wodzie. Pływać i tak się nie dało, bo fale zbyt wysokie.
Z plaży wraca się przed południem, bo do meczetu należy iść na 12. Około 14 znów na plażę, by przed 18 wrócić znów, bo już zapada zmierzch i czas na kolejną wizytę w meczecie. Muzułmanin powinien się modlić 5 razy dziennie, ale na wyjeździe wystarczy 2 lub 3. Wieczorem jest czas na rozmowy. Mężczyźni zastanawiają się nad kupnem ziemi nad plażą i budową hotelu, a kobiety nad lokalnymi cenami i zakupami ciuszków dla dzieci z napisem "I love Pangandaran".  Późnym wieczorem wybraliśmy się na kolację ze świeżych ryb, krabów, krewetek gigantów. Było pysznie. Choć przywieźliśmy ze sobą tonę ryżu, kurczaków, tofu i innych smakowitości, to wszyscy zjedli wszystko pierwszego popołudnia.
Mimo że to zupełnie nie było podróżowanie w moim stylu sprzed roku, czyli plecak i rajskie plaże plus piękna opalenizna, to wypad na weekend bardzo mi się podobał. Bo Indonezyjczycy są śmieszni i choć jest dużo płaczu i krzyku, to jednak wszyscy sobie po tym żartują i wspólnie robią miliony zdjęć. A ja się napiłam soku ze świeżego kokosa, spędziłam kilka dni na słonecznej plaży, a nie w deszczowym Bandungu i nikt mnie nie zaczepiał: "Hello mister", "Picture miss", bo spędzanie czasu z taką ilością Indonezyjczyków sprawia, że przez innych jestem traktowana jak Indonezyjka.

Przesympatyczny i wiecznie uśmiechnięty Fahri co dzień był pełen piasku. 
A wieczorami przytulał się do mnie, by sobie porozmawiać. Raz zaczęłam 
nawet z nim rozmowę po angielsku: "Hello! How are you?". 
A Fahri swoim dziecinnym, wesolutkim głosem odpowiada: "Fuck you!".
Dolis to miłośniczka koni. Nikomu nie pozwalała się dotknąć, a co dopiero wziąć na ramiona,
oprócz oczywiście mamy, taty i babci. Ale za to na koniu pozwoliła się zawieźć na koniec plaży,
tak że wszyscy oprócz ojca zdążyli ją zgubić z oczu. Nie uroniła ani jednej łezki,
ale dumnie, jak prawdziwa księżniczka, rozglądała się wokół.
Vio to rodzinny słodziak. Nadal niewiele mówi, ale za to dużo się śmieje i dużo skacze.
Niewiele spędziła czasu w morzu, wolała popijać sok z kokosa wśród najstarszych z rodziny. 
Faiz się mnie zazwyczaj wstydzi. Na plaży jednak zapomniał o wszystkim i wrzucany w fale przez ojca,
biegający jak oszalały, nawet odważył się zbudować ze mną zamek z piasku. 
Frizka była wody ciekawa, ale po jednym wypadku z falą i piaskiem w ustach oraz oczach,
nie sposób było ją nakłonić do wejścia do wody ponownie, a strój kąpielowy miała przecież przecudowny. 
Księżniczka Aira wiele nie mówi. Ale tak jak jej brat Fahri bardzo dużo się uśmiecha.
Aira powtarza codziennie, że będzie modelką. Od najmłodszych lat cierpliwie pozuje do zdjęć.  
Hafiz dużo biega i dużo krzyczy. Uwielbia zabawę w kuchni, kiedy to wszystkim członkom rodziny karze zmyślać najróżniejsze dania, a on je potem błyskawicznie przygotowuje, dumnie serwując.
A ośmielisz się nie powiedzieć dziękuję! Wtedy to dopiero jest krzyk!
Moja ulubienica to 6-letnia Tari. Cała rodzina zaskoczona jest jak świetnie się dogadujemy.
Bo Tari mnie traktuje jak swoją koleżankę, a powinna, wg indonezyjskiej tradycji,
okazywać starszej od siebie osobie szacunek. Ale Tari jest mądra, bo 6- latka już pisze i świetnie czyta,
więc ma wszystko w nosie i się ze mną kłóci, się na mnie obraża, się ze mną bawi i rozmawia
o gwiazdach, religii, mojej śmiesznego koloru skórze lub prostym nosie. 
Suci w języku indonezyjskim oznacza święty, czysty. Kompletnie nie pasuje do niej to imię.
Bo Suci wysypuje mleko w proszku na kuchenną podłogę i potem wmawia
wszystkim, że nic się nie wysypało, potem że to nie ona, potem że to jej młodsza siostra,
potem że wysypało się przecież tylko trochę. Ja bym ją nazwała Rahasia, czyli tajemnica.
Przesympatyczna kłamczuszka :) 



5/03/2015

Jak to Indonezyjkę opętał duch

Wracam z kina, po dwugodzinnym seansie Avengers: Age of Ultron, gdzie bohaterowie po raz kolejny zapobiegli zagładzie świata i słyszę krzyki dobiegające z łazienki na akademikowym korytarzu. Wybiega stamtąd dziewczyna, z potarganymi włosami i rzuca indonezyjskimi przekleństwami.
- Anjing!!! (po indonezyjsku)
- Anjir!!! (po sundajsku)
Czyli po polsku pies.
Wbiega do pokoju wprost na przeciwko mojego. Ostrożnie otwieram drzwi i chowam się u siebie. Ale myślę, biedna krzyczy, trzeba pomóc. Wychodzę. A dziewczynka biegnie korytarzem, wpada na ochroniarza, który potrząsnął ją tak mocno, że ja bym na jej miejscu rozpadła się na kawałki. Dziewczynę wstrząsnęło i upadła na kafelki. Nagle pojawiły się wokół Indonezyjki. Płakały i modliły się nad dziewczyną leżącą w pozycji embrionalnej na korytarzu. Nadal krzyczy, jednocześnie szamotając się z ochroniarzem. Znów ją wstrząsnął.
- Co się stało? Chora jest? Chłopak ją rzucił? Oszalała?
- Melamun!
Usłyszałam. Co to melamun? Z angielskiego słowo to jest tłumaczone jako daydreaming. Jak mi później wyjaśniono, dziewczyna śniła/marzyła na jawie, zamyśliła się o niczym na moment (tak, właśnie!) i wszedł w nią zły duch.
Duch opuścił dziewczynę po kilku minutach. Przestała krzyczeć i tylko szlochała. Ochroniarz co chwilę wstawał, żeby obiema dłońmi zakryć swoją twarz wśród około 20 Indonezyjek płaczących i szepcących pod nosem modlitwy, jak i nawzajem się przytulających.
A ja nie spałam całą noc, bo mi dziewczyny powiedziały:
- Zszokowana? Pierwszy raz? Tobie też to się może przytrafić...
To tu właśnie wydarzyły się sceny jak z horroru (hoho). Żeński akademik, kampus UNPAS, Bandung.

Kamila Bruczyńska


4/17/2015

Mój pierwszy raz z durianem

JA: Adi, tak myślę....może kupimy jutro duriana?
Adi: Cooooooooo? Naprawdę?
JA: Myślę, że jestem gotowa. Ale dam ci znać rano, chociaż myślę....TAK.
Adi: Na ulicy, czy w paczce w supermarkecie? W sklepie na pewno będzie słodki, a ten z ulicy nigdy wiadomo.
JA: Na ulicy. Nie jest aż tak drogo. Można zaryzykować.
Adi: hahaha, okey! Nie mogę się doczekać.

Po 1,5 roku w Indonezji wreszcie się zdecydowałam skosztować duriana. Ten śmierdzący owoc pochodzi z Indonezji, Malezji oraz Brunei i jest wizytówką tej części świata. Zawsze się broniłam przed jego spróbowaniem, bo zwyczajnie brzydko pachnie, a co brzydko pachnie z logicznego punktu widzenia musi być niedobre :) Ale jednak kupiliśmy. U ulicznego sprzedawcy. Choć Adi przekonywał mnie, że bezpieczniej będzie kupić go w supermarkecie, w ładnie zapakowanej paczce, bo na pewno będzie słodki, to ja uparłam się jednak, że chcę duriana z ulicy. Bo go sobie podotykam, bo go sobie wybiorę, bo porozmawiam o nim ze sprzedawcą. Podotykać podotykałam. Durian ma duże, ostre kolce. Słowo "duri" w języku indonezyjskim, to kolec, stąd prawdopodobnie nazwa owocu. Wybrać nie wybrałam. Sprzedawca jak tylko usłyszał, że będę próbować duriana po raz pierwszy, sprawę potraktował bardzo profesjonalnie. Zaczął zgromadzone w przydrożnym "sklepie" duriany opukiwać z dołu i z boku, potem wąchać, potem drogą selekcji wybrał kilka z nich i znów opukiwał i wąchał. Aż zdecydował się na bezkształtny, koślawy, poczerniały u nasady. Nie dało się z nim również nawiązać jakiejkolwiek rozmowy. Bo od razu zaczął nam duriana rozcinać. Dał Adiemu odrobinę do spróbowania. Adi zrobił wielkie oczy, że dobre, że słodkie, że bierzemy. Z 45.000Rp wytargował 40.000, czyli ok. 12 zł. Bardzo dobra cena.

Po powrocie do domu mamy Adiego, cała rodzina zebrała się wokół duriana. A pierwsza była babcia. "O całkiem duży,o jak dużo w środku, o jaki słodki, o jaki tani, o jaki dobry". A ja zaklejam nos, zabieram część duriana i wkładam do ust.
Zapach? To akurat proste. Stare, znoszone, przepocone skarpetki.
Konsystencja? To już trudniej. Spodziewałam się coś ugryźć, jak jabłko czy gruszkę. A to coś w rodzaju papki, mocno zbitej, włóknistej, oblepionej wokół brązowej, dużej pestki.
Smak? Oj to już trudno opisać. Dla mnie durian ma smak drożdży. Taki mączny, jakby gdzieś czuło się jakiś proszek, ale tego proszku nie ma. Słodki, ale to nie jest smak cukru jak w innych owocach. I potem się to przełyka jakby się ten zapach starych skarpetek przełykało.

Nie traktowałabym duriana jako owocu, ale jako warzywo. Jadłabym go z chlebem, jak Peruwiańczycy awokado. Roztarłabym na kromce, posypała lekko solą, nałożyła plasterek indyka i sałatę. Może by było dobre, gdyby tak nie śmierdziało. Ale problem z durianem jest taki, że jeśli go się za dużo zje, to w skutek fermentacji owocu człowiek jest pijany. Niektórzy głównie dlatego właśnie duriana lubią. Zdania wśród Indonezyjczyków są podzielone. Niektórzy nad zapachem i smakiem się rozpływają, jak Adi. A niektórzy wymiotują za rogiem, jak mój znajomy z Probolinggo.
Sprzedawca rozcinający nam duriana. 
Chciałam sama wybrać sobie duriana, ale mi sprzedawca nie pozwolił. 
Uliczny sklep durianowy. 
A taki ładny był, okrąglutki, ale podobno gorzki, więc nie pozwolili mi go zabrać. 
Zakleiłam nos plastrem z Kubusiem Puchatkiem. Wtedy byłam gotowa, żeby duriana spróbować. 
A tak wygląda durian w środku. 
Pierwszy kęs. 
Szok z powodu konsystencji.
Ostateczna reakcja. Nie mogę powiedzieć, że durian jest dobry.
Ale powiedzieć, że jest niedobry też byłoby błędem. Jest dziwny, o





4/11/2015

Parkingowy milionerem - z cyklu pracownik w Indonezji

Stoi taki biedny i przemoczony całymi dniami na parkingu, w swojej odblaskowej kamizelce nigdy nie zaznającej dotyku proszku do prania i gwiżdże.

Spotkanie z samą ideą parkingowego w Indonezji było dla mnie nadzwyczaj ciekawe. Bo w Polsce mamy parkingowych, ale tylko na tych strzeżonych placach osiedlowych lub w centrum miasta pod korporacjami, ale na pewno nie pod każdym sklepem. A w Indonezji on się pojawia wszędzie. Pod osiedlowym sklepem, pod restauracją, pod większym warungiem*, pod bankomatem, pod KFC czy McDonald, pod hotelem jak i pod apteką. Czasem jest ich nawet dwóch. Atrybutem jest oczywiście gwizdek. Użyty przy każdym wyjeździe pojazdu z parkingu, nawet wtedy gdy ulica jest pusta. Najważniejsze w pracy parkingowego jest jednak to ile zarabia. Z reguły taki osobnik wygląda na biednego ze względu na ciemną skórę pełną zmarszczek od słońca, starte klapki, ubłocone spodnie i niepraną od wieków odblaskową kamizelkę. Ale okienka samochodów i rączka z pieniążkami otwiera się dla parkingowego przy każdym wyjeździe, a wizyt motorów przy nawet najmniejszym warungu jest od groma.

Parkingowy w Bandungu z reguły dostaje 2.000 od motoru i 5.000 od samochodu.

Uderzając nisko, czyli 80 motorów i 20 samochodów daje 260.000 dziennie. To 7,8 mln indonezyjskich rupii miesięcznie, czyli ok. 2.300 zł.

Uderzając wyżej, niewielkie KFC. 160 motorów i 60 samochodów dziennie. To daje 620.000 tys. dziennie. Czyli miesięcznie? 18,6 mln, a to 5.580 zł.

Uderzając wysoko, czyli znany z dobrego jedzenia Warung Setiabudhi, blisko mojego kampusu. Miejsce dwupoziomowe, gdzie sprzedaje się głównie surabi. Ciągły ruch! 400 motorów i 100 samochodów dziennie. Jeśli średnia nie zostanie wyrobiona w ciągu tygodnia, z pewnością nadrobi się w weekend. Dziennie daje to 1,3 mln rupii, miesięcznie 39 mln rupii, czyli 11.700 zł.

W głowie się przewraca, że ten człowiek biegający z parasolem i odprowadzający pojazdy do wyjazdu może zarabiać takie pieniądze. Parkingowy pracujący na ulicy zatrzymuje wszystko dla siebie, jednak jeśli dane miejsce zaadaptowało na swoje potrzeby plac parkingowy, wtedy oddaje część właścicielowi, ale nie wiem jaki procent.

Zaznaczam, że z liczbami nie przesadzam, bo Indonezja to 240 mln kraj. W samym Bandungu żyje ponad 2,5 mln osób, a Indonezyjczycy zwykle często jedzą poza domem, bo jedzenie na ulicy jest tanie i dostępne na każdym zakręcie, co w Indonezji oznacza co 2 metry. Co więcej nikt również nie chodzi, każdy klient do każdego miejsca dojeżdża czy to motorem, czy też samochodem.



Zdjęcia: Google, dong! 

3/30/2015

Indonezyjski islam część IV


Założyłam na uniwersytet czarne rajstopy, krótkie spodenki i bluzkę sięgającą ich brzegu. Zostałam przez nauczycielkę zbesztana i wyśmiana przed całą klasą, że nie wypada. Na indonezyjskich uniwersytetach istnieje kod dotyczący ubioru. Nie można przyjść w japonkach, bluzkach na ramiączkach i najwidoczniej w krótkich spodenkach. W Semarang moje rajstopy i shorty akceptowali, na Pasundan w Bandungu już nie. A wydawałoby się, że Bandung jest bardziej otwarty w takich aspektach. W końcu to indonezyjska stolica mody. Naskarżyłam na nauczycielkę za moje publiczne upokorzenie do mojego opiekuna w ramach studiów na uniwersytecie. Wydawało się, że zrozumiał błąd nauczycielki, ale czy zadzwoni i zwróci jej uwagę, tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.

Popełniłam błąd w ubiorze, to fakt, ale jako obcokrajowiec wychowany w państwie katolickim, wydaje mi się (albo przynajmniej tak siebie usprawiedliwiam), że nie sposób jest uniknąć tego typu błędów w państwie muzułmańskim. Tym bardziej jeśli ma się do czynienia ze zgorzkniałą, wiekową muzułmanką w chuście. Wystarczyło zwrócić mi uwagę na korytarzu, a nie przedstawiać nowo poznanym znajomym z klasy jako dziewczynę, która nie szanuje indonezyjskiej kultury i nie zna kompletnie żadnych zasad panujących w tym państwie. Trudno jest w Indonezji określić jakie zachowania są tu społecznie dozwolone, a które wystawiają cię na pośmiewisko, pogardę i osąd. Na pewno nie należy używać lewej ręki w kontaktach międzyludzkich lub publicznie okazywać sobie uczuć w relacji damsko-męskiej jak na przykład całusy czy przytulanie, ale już wskazywanie na kogoś palcem przez niektórych jest uważane za obraźliwe, a innych w ogóle nie razi. Albo założenie przez kobietę nogi na nogę przez niektórych uważane jest za wyraz elegancji, a dla innych jest ewidentnym sygnałem arogancji. I co ma obcokrajowiec zrobić, żeby się z tym społeczeństwem zlepić w jedno i nie czuć się skrępowany w kontaktach międzyludzkich?

Z moich obserwacji wynika, że na indonezyjski uniwersytet należy się ubierać przede wszystkim skromnie. Jeansy lub suknia po kostki i koszulka poza łokcie. W przypadku muzułmanek chusta nie jest wymagana. Wybór, czy chustę założyć czy nie, należy do studentek i głównie zależy od względów rodzinnych czy pokoleniowych, w sensie jeśli matka chodzi w chuście, to córka pewnie też będzie ją ubierać. W oparciu o islam, być może tylko ten indonezyjski, noszenie chusty absolutnie nie jest nakazane. Istnieje jednak przekonanie, że jeśli chustę zakładasz to miej do niej szacunek i zakładaj ją w każdej sytuacji, a nie tylko tam gdzie wypada pokazać się w aspekcie religijnym od tej "dobrej strony". Palenie papierosów czy picie piwa mając ubraną na głowie chustę, jest postrzegane jako gorsze niż zupełne z niej zrezygnowanie. Co ciekawe jednak, te ubrane do południa w chusty Indonezyjki wieczorami można spotkać chodzące w piżamach z rozpuszczonymi, rozwianymi włosami, szukające jedzenia po ciemnych uliczkach. Piżamki we wzorki, często krótkie i z cienkiego, prawie prześwitującego materiału. Hipokryzja? Taki właśnie jest indonezyjski islam.

Jako że cały post był o zakrywaniu ciała, to w ramach kontrastu pokazuję moje gacie.
Zdjęcie z Bali, bo Bali jest hinduska i tam się nawet spotyka laski z w samych stringach. 





3/29/2015

Indonezyjski islam część III

Dlaczego nijaki Agus jest idolem Indonezyjek?
Agus ma 22 lata, najlepszy uczeń na UNNES, mister Semarang, wzorowy muzułmanin, uwielbiany przez rzesze Indonezyjek. Dla Europejek wcale nie wydaje się być przystojny. Raczej koślawy, nijaki, bez osobowości. Wybrano go jako jednego z opiekunów studentów Darmasiswy z UNNES. To było dla niego chyba najtrudniejsze zadanie w życiu. Nie tylko trudno mu było złapać kontakt z nami, czyli zagranicznymi studentami, ale i dzieliła nas również bariera językowa (słaba znajomość języka angielskiego połączona z silnym jawajskim akcentem) jak i psychiczna (ogromna nieśmiałość). 
Najgorszym dla Agusa momentem w poznawaniu studentów Darmasiswy był jednak chyba moment pożegnania najmilszej uczestniczki programu, Kate, pochodzącej z Wielkiej Brytanii. Wszyscy ją przytulali, całowali, płakali, nawet słynąca z powściągliwości Japonka.  A Agus stał w kącie. Kate w końcu do niego podeszła i z całej siły przygarnęła go do siebie ramionami w uścisku. Agus poczerwieniał. Speszony wyszedł z budynku i pojechał do domu. Potem opowiadał kolegom, że był to jeden z najważniejszych momentów w jego życiu. Agus po raz pierwszy został przytulony przez kobietę/dziewczynę/płeć żeńską. I nie dlatego, że nigdy wcześniej nie miał okazji, ale dlatego że wierzy, iż uścisk, buziak, dotyk w ogóle - pierwszy i każdy kolejny - jest zarezerwowany tylko dla jednej kobiety, dla jego przyszłej żony. I to go pewnie czyni takim popularnym wśród płci pięknej w 2 milionowym indonezyjskim mieście Semarang. Bo jego chłopięcość, niewinność, skromność, inteligencja i głęboka wiara w Allaha po prostu kładzie Indonezyjki na kolana. A Europejki mówią: o przestań, on jeszcze nawet nie jest mężczyzną. 

3/14/2015

Polowanie na szczura

Od kilku nocy próbuję przyłapać szczurka w łazience w akademiku. Widziałam go już kilkanaście razy, jednak moim celem było nagrać jak przed nim w tej łazience uciekam. Więc wstaję z łóżka o niebanalnych porach nocnych, włączam kamerę w telefonie i maszeruję do toalety. Ostrożnie. Zawsze. Jednak jak już kamerę mam włączoną i jestem psychicznie przygotowana na widok szczura w każdej sytuacji, to jednak ten postanawia wybrać się na nocne poszukiwania jedzenia. Sprytnie unika występu przed kamerą mojego telefonu. Dla dobra mojego snu poddaję się. Umieszczam poniżej video jednej z moich wypraw ukazując dom szczura za drzwiami toalety, blisko kosza na śmieci. Z góry przepraszam za jakość filmiku, ale mam nadzieję, że będzie można zobaczyć kostki kurczaka w których to szczurek żyje. Nie odważyłam się odsunąć drzwi. Ostatnio widziałam przy nich karalucha, a karaluchów boję się bardziej niż szczurów. Jest 2 w nocy. Przy okazji można również zobaczyć jak w indonezyjskim akademiku wygląda toaleta. Have fun!


3/03/2015

Masuk angin jednak istnieje

Miesiącami zarzekałam się, że choroba zwana przez Indonezyjczyków masuk angin, co można przetłumaczyć chyba tylko jako "wejście wiatru" nie istnieje. Po pierwsze dlatego, że sama nazwa śmieszy, po drugie dlatego, że Indonezyjczycy bardzo często o niej mówią i to w różnych kontekstach: <jechałem motorem i padało, będzie masuk angin>, <ale mi słabo, to masuk angin>, <nie chcę iść do kina, czuję, że masuk angin>, <nie pij herbaty z lodem, bo będzie masuk angin>.... , po trzecie dlatego, że te konteksty w 90% przypominały nic innego jak tylko objawy grypy. Zawsze więc twierdziłam, że to jakiś tajemniczy wymysł biorąc pod uwagę zamiłowanie Indonezyjczyków do przesady, jak na przykład ubierania kurtek w 40 stopniowej temperaturze. Nie wierzyłam, wyśmiewałam, kłóciłam się, że to wymysł i bujda.

Aż mnie dopadło.

Zaczęło się od wymiotów i przejmującego uczucia zimna. Co zaskakujące dopiero wieczorem, a przecież przez cały dzień udało mi się normalnie funkcjonować. Myślałam wobec tego, że to pewnie jakieś zatrucie pokarmowe. Wymiotowałam raz i ubrałam się w dwa swetry i kurtkę, podciągnęłam pod brodę dwa koce i próbowałam się rozgrzać. Nie ma szans. Ociekałam potem, ale mi nadal było zimno i z tego zimna się trzęsłam. Nie czułam koców czy swetrów. Miałam wrażenie, że za długo byłam na zimnym powietrzu i nie mogę wyrównać temperatury, że nawet kości mam zimne. Wymiotowałam po raz kolejny, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Zaczęło mi być gorąco. Czułam, że spalam się od środka. Zgubiłam koce i swetry i zasnęłam. Ulga z reguły powinna przyjść rano, a ja rano czułam się jeszcze gorzej niż wieczorem. Znów mi było zimno i do tego doszedł ból mięśni i gorączka. Z samego rana ból czułam tylko na wysokości kości ogonowej i nerek, tak jakbym się za dużo nachodziła dzień wcześniej. Około południa ból objął całe ciało, szczególnie w okolicach węzłów chłonnych. Południe, a ja nadal w łóżku. W ogóle nie miałam ochoty na jedzenie, nie mogłam też na pusty żołądek przyjąć żadnych tabletek, bo i tak bym je zwymiotowała kilka minut później. Masuję swoje nogi i ramiona, ale żaden dotyk nie przynosi ulgi. Jakby ból był zbyt głęboko. Przespałam większość dnia. W nocy obudziłam się z pulsującymi na czole żyłkami. Od gorączki. Zrobiłam kompres na czoło z koszulki. Jak przez mgłę pamiętam chodzenie do toalety, siadanie na łóżku, dziwne i przerywane sny. Trzeciego dnia ulga nadal nie przychodziła. Postanowiłam reagować, a nie tylko liczyć, że mi przejdzie. Do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy co mi jest. Nie jestem typem osoby, która biegnie do lekarza z raną na palcu, dlatego, tym bardziej w Indonezji, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby się do takiego wybrać. I tak pewnie dostałabym od niego antybiotyki "na wszystko" i została z bólem sama. Więc pomocy szukałam u wujka google, jednocześnie kontaktując się z Adim, że ze mną kiepsko. Denga? Malaria?

- Kamila, masz masuk angin! - śmieje się ze mnie Adi.

Adi wziął mnie do domu swojej mamy, która się mną zajęła zmuszając do picia ogromnych ilości ciepłej wody, potem herbaty, potem zjedzenia odrobiny ryżu i zażycia paracetamolu. Masuk angin łapie się głównie przez to, że się pocisz, a potem cię przewieje, więc najlepszą kuracją wg Indonezyjczyków jest spocenie się po raz kolejny, ale tym razem pozostanie w łóżku.  Nie jadłam od trzech dni, więc czułam się wyczerpana i słaba. Na moich policzkach pojawiły się ogromne rumieńce, których do dziś nie mogę się pozbyć. Od pierwszych wymiotów minęło 6 dni, a ja nadal czuję się słabo. Ale chociaż mięśnie nie bolą i nie jest mi zimno. Mama Adiego namawiała mnie na leczenie monetą. Czyli pocieranie pleców monetą i smarowanie olejkiem. Nie zdecydowałam się, bo podobno boli, a potem mój opiekun na uczelni mówił, że nie powinnam, bo to w efekcie źle wpływa na krążenie krwi.

Czerwone paski to efekt potarć monety. Im bardziej zaawansowany masuk angin tym paski bardziej wyraziste.
(zdjęcie: Internet).

Masuk angin to nie grypa. Nie miałam kataru, kaszlu, nie bolało mnie gardło. Uczucie gorączki i bólu mięśni jest zupełnie inne niż przy przeziębieniu. Nikomu nie życzę, żeby złapał go indonezyjski wiatr. Swoje przeżyłam i oby nigdy więcej. Z masuk angin przestaję się śmiać.


2/26/2015

Obalenie mitu o rajskiej Indonezji

Przestańcie mówić, że jesteście ze mnie dumni i pełni dla mnie podziwu, bo wyjechałam. W tym nie ma nic nadzwyczajnego. Przeciwnie, to jest nadzwyczajnie proste. Oficjalnie obalam mit: za granicą nie jest różowo. Jest tak samo szaro jak w naszym kraju, tylko że w innych dziedzinach. W Polsce jest mi fantastycznie, tak samo jak fantastycznie jest mi w Indonezji. W Polsce jest mi ciężko, tak samo jak ciężko jest mi w Indonezji.
Są lepsze dni i gorsze. To jest raj na obrazkach, ale zwykłe życie wygląda tu podobnie jak w Polsce. Tylko że ludzie myślą, że wyjeżdżając do Indonezji będzie mi jak w niebie, bo plaże i słońce, ale ja przecież muszę robić to samo: wstawać rano, wymyślić co zjeść na obiad, iść na zajęcia, kupić papier toaletowy i iść spać. Rzygam tęczą widząc postowane w internecie zdjęcia osób, które zachwycają się życiem w Indonezji. Wieczne wakacje? Wielka bzdura i hipokryzja. To jest ten sam świat. Życie w Polsce może być podobnie kolorowe.

Obalając mit skupiam się na szarościach:

Pierwszą rzeczą jaka cię dopada za granicą jest fakt, że jesteś samotny. Nie ma znaczenia ilu masz nowych przyjaciół, bliskich czy dalszych osób. Każdy powtarza...ooo jesteś tu sama. Bez rodziny. Biedactwo. I w końcu cię to dopada, że rzeczywiście jesteś sam. Że faktycznie nie możesz na weekend pojechać do mamy, że nie możesz namówić swoich znajomych sprzed kilku lat na kawę dla odkrycia przyjaźni na nowo i powspominać stare czasy, że wieloletni przyjaciele idą na imprezę bez ciebie i ty już nie jesteś częścią ich życia.  Że na nikogo nie możesz liczyć, bo ogrom Polaków za granicą nigdy nie zastąpi ci rodziny. Większość to sporzy nieudacznicy, egoiści, księżniczki i książęta, którzy za opinię ich znajomych w Polsce o tym jak to dobrze im się żyje w Indonezji oddadzą życie. I gdyby tak powiedzieć prawdę, to skorzy byliby cię za to "zabić". Nowe przyjaźnie i miłości są miłe i wiele cię uczą, to fakt, ale gdyby rzeczywiście wszystko przekalkulować, mam wrażenie, że więcej nowych osób poznaję codziennie w Polsce niż tutaj. Poza tym, jako biała dziewczyna, gdzieś zawsze w moim umyśle pojawia się pytanie czy Indonezyjczyk pragnie znajomości ze mną, bo jestem egzotyczna, czy też rzeczywiście jestem ciekawą dla niego osobą. To pytanie nie istnieje dla mnie w Polsce.

W Indonezji jako studenci nie możemy legalnie pracować, więc zwykle prosimy o pieniądze rodziców i to jest najsmutniejsze, że jako dorosłe osoby cały czas musimy ssać rodziców cycki. Upokarzająca sytuacja. W efekcie niesamowicie mocno się zadłużasz.

Budzisz się rano i zastanawiasz się co zjesz na śniadanie. Amerykańskiego pączka, tego z dziurką w środku i bez nadzienia, bardzo słodkiego no i słodką kawę w kartoniku. Ewentualnie bubur ayam, czyli papkę ryżową z odrobiną kurczaka. A co byś zjadł? Świeżą bułkę, może być nawet ta z poprzedniego dnia i do tego plasterek indyka i żółty serek, jakiś ogóreczek, może sałata. Jogurt! I myślisz o boże moje życie ssie. Tak zaczyna się z reguły dzień, jeśli pierwszą myślą o poranku jest jedzenie.
Potem myślisz co zjesz na obiad. Pierś z kurczaka małą na trzy kęsy owiniętą wokół kości, do tego ryż - może być z sieciówki HFC lub Olive Chicken, które doskonale imitują KFC, choć kurczak jest gorszej jakości. Może być warung*, ale kurczak, choć tańszy, jest jeszcze mniejszy niż w sieciówce. A co byś zjadł? Bigos albo pierogi, albo makaron z kurczakiem i parmezanem, albo rybkę w sosie słodko-kwaśnym, albo schabowego, albo placki ziemniaczane, albo po prostu ziemniaki z masłem i solą. Nagle myślisz jajć ile ja mam pomysłów na tani obiad w Polsce, a tu jesz zwykle cały czas to samo.
Potem nadchodzi czas kolacji. W Polsce pojawiłby się chlebek. Och chleb. Pasta rybna albo biały ser, ale bym się najadła. I sok pomarańczowy A tu? Gorengany, czyli smażone na głębokim oleju warzywa, banany lub tofu w cieście.
Przyjeżdżając na chwilę albo w opowieściach o Indonezji zachwycasz się, że możesz pić sok z mango albo awokado za grosze, że jesz smażony ryż z krewetkami, że za przekąskę masz czerwonego, słodkiego banana lub arbuza przez okrągły rok. To rzeczywiście na początku jest ekscytujące, ale z czasem już nie chce ci się chodzić na śmierdzący targ po banany albo po sok, gdzie naczynia tylko od czasu do czasu są przemywane lekko wodą, a owoce w ogóle nie myte, nie wspominając o rękach sprzedawcy. Jedzenie tu jest dobre, ale ty po prostu tęsknisz za tym w Polsce.

Różnice kulturowe pomiędzy Polską a Indonezją są gigantyczne. Na przykład: poznanie rodziców twojego chłopaka. Dwa razy większy stres niż w Polsce, bo musisz pamiętać o wszystkim czego się dotychczas nauczyłeś o indonezyjskiej kulturze, żeby nie popełnić gafy. Gesty, mimika, strój, zachowanie przy stole. Pomóc mamie chłopaka w kuchni, czy nie wypada? Zjeść wszystko z talerza, czy zostawić odrobinę? Zmyć się po obiedzie czy zostać dłużej? Zaskakujące jak ludzie potrafią być inni i ile rzeczy musisz wiedzieć, i o ile zapytać, żeby cię rozumiano i nie postrzegano jako dziwaka. I gadka "bądź sobą" absolutnie tu nie pasuje. Nie mogę podać talerza mamie Adiego lewą ręką! Nie wypada! To jest kulturowo niedopuszczalne. Ponadto, ogromna bariera językowa, nawet jeśli w indonezyjskim już czuję się swobodnie. Wiele osób boi się do mnie odezwać, bo są przekonani, że indonezyjskiego nie znam, a mówić po angielsku się wstydzą.

Nie chcę powiedzieć przez ten post, że życie w Indonezji jest okropne i już mi się nie podoba lub, że chcę wrócić do Polski. Chcę powiedzieć, że doceniam Polskę i że za nią tęsknię, i moi znajomi w Polsce zamiast mi "zazdrościć" powinni skupić się na tym, że ja również potrzebuję wsparcia tutaj, tak samo jak oni w kraju.

2/24/2015

No rusz dupę, a nie stoisz jak cielę!

"No właź wreszcie idiotko" albo "No co się gapisz, przesuń się" lub też "No rusz dupę, a nie stoisz jak cielę" - tak po polsku zdarza mi się krzyczeć na Indonezyjki. Sundajki doprowadzają mnie ostatnio do białej gorączki.

Nie tyle może krzyczę, o ile głośno komentuję ich zachowanie. Po polsku, bo mnie w ten sposób nie rozumieją, a ja mam przynajmniej satysfakcję, że skarciłam jedną i drugą. Po indonezyjsku bym się nie odważyła, jeszcze by mnie złapały w ciemnej uliczce i pobiły. 
Generalnie nie znam zbyt wielu Indonezyjek. Nie lubią mnie. Stereotyp białej dziewczyny, która podoba się ich chłopakom sprawia, że można nawet powiedzieć, iż mnie nienawidzą. Na początku było mi za to wstyd, teraz już nie pozostaję im dłużna. Dziś wystraszyłam jedną w toalecie. Przyłapałam ją jak myła naczynia i zrobiłam wielki hałas woooo....laska się za mną odwracała na korytarzu, przystawała i gapiła się swoim potępiającym wzrokiem. Dostała za swoje. 
Istnieje ogromna różnica pomiędzy Sundajkami, z którymi mam teraz do czynienia w Bandungu a Jawajkami z którymi miałam do czynienia w ubiegłym roku w Semarang. 

Jawajki są zabawne, wiecznie chichoczące pod nosem, ubierające batik i chustę by wyglądać
oficjalnie i dojrzale, ale mimo to sprawiają wrażenie młodych dziewczynek, które jak tylko wracają ze szkoły do domu, to wspinają się na drzewa i biją z chłopakami z podwórka. Niczego się nie boją. Zabiją karalucha czy pająka jednym ruchem. Wyglądają na bardzo pracowite i bardzo ambitne.  Tego typu kobiety, które swoje dzieci wychowywać będą twardą ręką. Jestem dla nich pełna podziwu, że potrafią ubrać jeansy, na to suknię, do tego bluzkę z pełnymi rękawami i chustę przy tej 40 stopniowej temperaturze w Semarang. Czasem ubierają rękawiczki z froty, bo nie chcą sobie opalić dłoni na motorze. Większość Jawajek nie jest niestety ładna. W Semarang ciężko znaleźć jakąś wartą uwagi buzię. Poza tym z Jawajkami ciężko jest się zaprzyjaźnić. Są zawsze miłe, ale nie zależy im nigdy na bliższym kontakcie. Przy pierwszym spotkaniu zadają mnóstwo pytań, są ciekawe, ale do drugiego spotkania już nie dochodzi. Pojawiają się sms-y. Dużo sms-ów. Co robisz? Gdzie jesteś? Miłego dnia. Dobranoc. Co męczy, bo z tego nic nie wynika oprócz jej dumy, że ma bule* za znajomą i może jej powiedzieć cześć na ulicy, a ty już nie pamiętasz co to za dziewczyna, bo zmieniła chustę i już jej nie rozpoznajesz. 

Sundajki za to, to panienki, princeski, takie dziewczyny ą, ę. Zdecydowanie rzadziej noszą chusty niż
Jawajki. Są bardzo głośne we własnym gronie, ale gdy pojawia się w zasięgu wzroku chłopak, wtedy milkną, przybierają wyprostowaną, sztywną pozę i poważnieją. Bardzo dobrze się ubierają. Mają chyba tonę ciuchów i butów. Są leniwe, wiecznie się je widzi siedzące wpatrzone w swoje telefony lub tablety. W gronie przyjaciół za dużo nie rozmawiają. Po prostu są. Już nie raz słyszałam, że ich jedynym zadaniem jest zdobyć bogatego męża. Trudno jest spełnić oczekiwania rozpuszczonej Sundajki, bo ona oczekuje, że płaci się za nią wszędzie i za wszystko. Dostaje co tylko chce i kiedy chce. Jej mąż musi mieć więc gruby portfel. Po ulicach lub po mallach Sundajki chodzą wolno, straszliwe wolno, przechadzając się niezależnie od obowiązków, zwykle z wysoko do góry podniesioną głową, ale uważając na każdy najmniejszy kamyczek pod stopami. Rozpuszczają przy tym bardzo często swoje kruczoczarne włosy i poprawiają je co 10 sekund. Przy sobie mają zazwyczaj mnóstwo rzeczy. Lustereczko, kremiki, sole otrzeźwiające, perfumy, płyn antybakteryjny, dwa telefony etc. Są gwiazdami, muszą świecić wszędzie, nawet w obskurnym warungu*.   Gdy zobaczą w tym warungu karalucha, to krzyczą jakby niebo się waliło. Stoją i krzyczą. Dają jedzenie kotom biegającym po okolicy, ale jednocześnie bardzo się ich boją i jak taki kot się do nich za bardzo zbliży to też...stoją i krzyczą. Sundajki są bardzo ładne, mówi się, że najładniejsze kobiety z całej Indonezji. Rzeczywiście niesamowita uroda. Prawie każda nadaje się na okładkę magazynu. Nie są niestety zbyt inteligentne. Nie mają wiele do powiedzenia, dlatego pewnie tak tylko milczą w grupie. Nie przyjaźnią się z dziewczynami bule. Jeśli jednak trafi się jakiś wyjątek, to są aż nadopiekuńcze. Chcą przyjaźni w stylu best friends forever. Codziennych spotkań, dzielenia się każdym szczegółem życia, częstego wychodzenia do malla, na kawę, na obiad, do kina. Ta przyjaźń z bule jednak ma jeden cel: wokół dziewczyny bule znajdą się faceci bule, więc może znajdzie się i bule mąż. 

Mam więcej znajomych Jawajek niż Sundajek. Obecnie na Sundajki zdarza mi się krzyczeć, robić im psikusy, mijać z wyżej podniesioną głową od nich. I muszę przyznać, że zaczyna mi to niebezpiecznie sprawiać przyjemność. 

Co do Indonezyjczyków płci męskiej, to zupełnie inna historia, więc innym razem.