4/17/2015

Mój pierwszy raz z durianem

JA: Adi, tak myślę....może kupimy jutro duriana?
Adi: Cooooooooo? Naprawdę?
JA: Myślę, że jestem gotowa. Ale dam ci znać rano, chociaż myślę....TAK.
Adi: Na ulicy, czy w paczce w supermarkecie? W sklepie na pewno będzie słodki, a ten z ulicy nigdy wiadomo.
JA: Na ulicy. Nie jest aż tak drogo. Można zaryzykować.
Adi: hahaha, okey! Nie mogę się doczekać.

Po 1,5 roku w Indonezji wreszcie się zdecydowałam skosztować duriana. Ten śmierdzący owoc pochodzi z Indonezji, Malezji oraz Brunei i jest wizytówką tej części świata. Zawsze się broniłam przed jego spróbowaniem, bo zwyczajnie brzydko pachnie, a co brzydko pachnie z logicznego punktu widzenia musi być niedobre :) Ale jednak kupiliśmy. U ulicznego sprzedawcy. Choć Adi przekonywał mnie, że bezpieczniej będzie kupić go w supermarkecie, w ładnie zapakowanej paczce, bo na pewno będzie słodki, to ja uparłam się jednak, że chcę duriana z ulicy. Bo go sobie podotykam, bo go sobie wybiorę, bo porozmawiam o nim ze sprzedawcą. Podotykać podotykałam. Durian ma duże, ostre kolce. Słowo "duri" w języku indonezyjskim, to kolec, stąd prawdopodobnie nazwa owocu. Wybrać nie wybrałam. Sprzedawca jak tylko usłyszał, że będę próbować duriana po raz pierwszy, sprawę potraktował bardzo profesjonalnie. Zaczął zgromadzone w przydrożnym "sklepie" duriany opukiwać z dołu i z boku, potem wąchać, potem drogą selekcji wybrał kilka z nich i znów opukiwał i wąchał. Aż zdecydował się na bezkształtny, koślawy, poczerniały u nasady. Nie dało się z nim również nawiązać jakiejkolwiek rozmowy. Bo od razu zaczął nam duriana rozcinać. Dał Adiemu odrobinę do spróbowania. Adi zrobił wielkie oczy, że dobre, że słodkie, że bierzemy. Z 45.000Rp wytargował 40.000, czyli ok. 12 zł. Bardzo dobra cena.

Po powrocie do domu mamy Adiego, cała rodzina zebrała się wokół duriana. A pierwsza była babcia. "O całkiem duży,o jak dużo w środku, o jaki słodki, o jaki tani, o jaki dobry". A ja zaklejam nos, zabieram część duriana i wkładam do ust.
Zapach? To akurat proste. Stare, znoszone, przepocone skarpetki.
Konsystencja? To już trudniej. Spodziewałam się coś ugryźć, jak jabłko czy gruszkę. A to coś w rodzaju papki, mocno zbitej, włóknistej, oblepionej wokół brązowej, dużej pestki.
Smak? Oj to już trudno opisać. Dla mnie durian ma smak drożdży. Taki mączny, jakby gdzieś czuło się jakiś proszek, ale tego proszku nie ma. Słodki, ale to nie jest smak cukru jak w innych owocach. I potem się to przełyka jakby się ten zapach starych skarpetek przełykało.

Nie traktowałabym duriana jako owocu, ale jako warzywo. Jadłabym go z chlebem, jak Peruwiańczycy awokado. Roztarłabym na kromce, posypała lekko solą, nałożyła plasterek indyka i sałatę. Może by było dobre, gdyby tak nie śmierdziało. Ale problem z durianem jest taki, że jeśli go się za dużo zje, to w skutek fermentacji owocu człowiek jest pijany. Niektórzy głównie dlatego właśnie duriana lubią. Zdania wśród Indonezyjczyków są podzielone. Niektórzy nad zapachem i smakiem się rozpływają, jak Adi. A niektórzy wymiotują za rogiem, jak mój znajomy z Probolinggo.
Sprzedawca rozcinający nam duriana. 
Chciałam sama wybrać sobie duriana, ale mi sprzedawca nie pozwolił. 
Uliczny sklep durianowy. 
A taki ładny był, okrąglutki, ale podobno gorzki, więc nie pozwolili mi go zabrać. 
Zakleiłam nos plastrem z Kubusiem Puchatkiem. Wtedy byłam gotowa, żeby duriana spróbować. 
A tak wygląda durian w środku. 
Pierwszy kęs. 
Szok z powodu konsystencji.
Ostateczna reakcja. Nie mogę powiedzieć, że durian jest dobry.
Ale powiedzieć, że jest niedobry też byłoby błędem. Jest dziwny, o





4/11/2015

Parkingowy milionerem - z cyklu pracownik w Indonezji

Stoi taki biedny i przemoczony całymi dniami na parkingu, w swojej odblaskowej kamizelce nigdy nie zaznającej dotyku proszku do prania i gwiżdże.

Spotkanie z samą ideą parkingowego w Indonezji było dla mnie nadzwyczaj ciekawe. Bo w Polsce mamy parkingowych, ale tylko na tych strzeżonych placach osiedlowych lub w centrum miasta pod korporacjami, ale na pewno nie pod każdym sklepem. A w Indonezji on się pojawia wszędzie. Pod osiedlowym sklepem, pod restauracją, pod większym warungiem*, pod bankomatem, pod KFC czy McDonald, pod hotelem jak i pod apteką. Czasem jest ich nawet dwóch. Atrybutem jest oczywiście gwizdek. Użyty przy każdym wyjeździe pojazdu z parkingu, nawet wtedy gdy ulica jest pusta. Najważniejsze w pracy parkingowego jest jednak to ile zarabia. Z reguły taki osobnik wygląda na biednego ze względu na ciemną skórę pełną zmarszczek od słońca, starte klapki, ubłocone spodnie i niepraną od wieków odblaskową kamizelkę. Ale okienka samochodów i rączka z pieniążkami otwiera się dla parkingowego przy każdym wyjeździe, a wizyt motorów przy nawet najmniejszym warungu jest od groma.

Parkingowy w Bandungu z reguły dostaje 2.000 od motoru i 5.000 od samochodu.

Uderzając nisko, czyli 80 motorów i 20 samochodów daje 260.000 dziennie. To 7,8 mln indonezyjskich rupii miesięcznie, czyli ok. 2.300 zł.

Uderzając wyżej, niewielkie KFC. 160 motorów i 60 samochodów dziennie. To daje 620.000 tys. dziennie. Czyli miesięcznie? 18,6 mln, a to 5.580 zł.

Uderzając wysoko, czyli znany z dobrego jedzenia Warung Setiabudhi, blisko mojego kampusu. Miejsce dwupoziomowe, gdzie sprzedaje się głównie surabi. Ciągły ruch! 400 motorów i 100 samochodów dziennie. Jeśli średnia nie zostanie wyrobiona w ciągu tygodnia, z pewnością nadrobi się w weekend. Dziennie daje to 1,3 mln rupii, miesięcznie 39 mln rupii, czyli 11.700 zł.

W głowie się przewraca, że ten człowiek biegający z parasolem i odprowadzający pojazdy do wyjazdu może zarabiać takie pieniądze. Parkingowy pracujący na ulicy zatrzymuje wszystko dla siebie, jednak jeśli dane miejsce zaadaptowało na swoje potrzeby plac parkingowy, wtedy oddaje część właścicielowi, ale nie wiem jaki procent.

Zaznaczam, że z liczbami nie przesadzam, bo Indonezja to 240 mln kraj. W samym Bandungu żyje ponad 2,5 mln osób, a Indonezyjczycy zwykle często jedzą poza domem, bo jedzenie na ulicy jest tanie i dostępne na każdym zakręcie, co w Indonezji oznacza co 2 metry. Co więcej nikt również nie chodzi, każdy klient do każdego miejsca dojeżdża czy to motorem, czy też samochodem.



Zdjęcia: Google, dong! 

3/30/2015

Indonezyjski islam część IV


Założyłam na uniwersytet czarne rajstopy, krótkie spodenki i bluzkę sięgającą ich brzegu. Zostałam przez nauczycielkę zbesztana i wyśmiana przed całą klasą, że nie wypada. Na indonezyjskich uniwersytetach istnieje kod dotyczący ubioru. Nie można przyjść w japonkach, bluzkach na ramiączkach i najwidoczniej w krótkich spodenkach. W Semarang moje rajstopy i shorty akceptowali, na Pasundan w Bandungu już nie. A wydawałoby się, że Bandung jest bardziej otwarty w takich aspektach. W końcu to indonezyjska stolica mody. Naskarżyłam na nauczycielkę za moje publiczne upokorzenie do mojego opiekuna w ramach studiów na uniwersytecie. Wydawało się, że zrozumiał błąd nauczycielki, ale czy zadzwoni i zwróci jej uwagę, tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.

Popełniłam błąd w ubiorze, to fakt, ale jako obcokrajowiec wychowany w państwie katolickim, wydaje mi się (albo przynajmniej tak siebie usprawiedliwiam), że nie sposób jest uniknąć tego typu błędów w państwie muzułmańskim. Tym bardziej jeśli ma się do czynienia ze zgorzkniałą, wiekową muzułmanką w chuście. Wystarczyło zwrócić mi uwagę na korytarzu, a nie przedstawiać nowo poznanym znajomym z klasy jako dziewczynę, która nie szanuje indonezyjskiej kultury i nie zna kompletnie żadnych zasad panujących w tym państwie. Trudno jest w Indonezji określić jakie zachowania są tu społecznie dozwolone, a które wystawiają cię na pośmiewisko, pogardę i osąd. Na pewno nie należy używać lewej ręki w kontaktach międzyludzkich lub publicznie okazywać sobie uczuć w relacji damsko-męskiej jak na przykład całusy czy przytulanie, ale już wskazywanie na kogoś palcem przez niektórych jest uważane za obraźliwe, a innych w ogóle nie razi. Albo założenie przez kobietę nogi na nogę przez niektórych uważane jest za wyraz elegancji, a dla innych jest ewidentnym sygnałem arogancji. I co ma obcokrajowiec zrobić, żeby się z tym społeczeństwem zlepić w jedno i nie czuć się skrępowany w kontaktach międzyludzkich?

Z moich obserwacji wynika, że na indonezyjski uniwersytet należy się ubierać przede wszystkim skromnie. Jeansy lub suknia po kostki i koszulka poza łokcie. W przypadku muzułmanek chusta nie jest wymagana. Wybór, czy chustę założyć czy nie, należy do studentek i głównie zależy od względów rodzinnych czy pokoleniowych, w sensie jeśli matka chodzi w chuście, to córka pewnie też będzie ją ubierać. W oparciu o islam, być może tylko ten indonezyjski, noszenie chusty absolutnie nie jest nakazane. Istnieje jednak przekonanie, że jeśli chustę zakładasz to miej do niej szacunek i zakładaj ją w każdej sytuacji, a nie tylko tam gdzie wypada pokazać się w aspekcie religijnym od tej "dobrej strony". Palenie papierosów czy picie piwa mając ubraną na głowie chustę, jest postrzegane jako gorsze niż zupełne z niej zrezygnowanie. Co ciekawe jednak, te ubrane do południa w chusty Indonezyjki wieczorami można spotkać chodzące w piżamach z rozpuszczonymi, rozwianymi włosami, szukające jedzenia po ciemnych uliczkach. Piżamki we wzorki, często krótkie i z cienkiego, prawie prześwitującego materiału. Hipokryzja? Taki właśnie jest indonezyjski islam.

Jako że cały post był o zakrywaniu ciała, to w ramach kontrastu pokazuję moje gacie.
Zdjęcie z Bali, bo Bali jest hinduska i tam się nawet spotyka laski z w samych stringach. 





3/29/2015

Indonezyjski islam część III

Dlaczego nijaki Agus jest idolem Indonezyjek?
Agus ma 22 lata, najlepszy uczeń na UNNES, mister Semarang, wzorowy muzułmanin, uwielbiany przez rzesze Indonezyjek. Dla Europejek wcale nie wydaje się być przystojny. Raczej koślawy, nijaki, bez osobowości. Wybrano go jako jednego z opiekunów studentów Darmasiswy z UNNES. To było dla niego chyba najtrudniejsze zadanie w życiu. Nie tylko trudno mu było złapać kontakt z nami, czyli zagranicznymi studentami, ale i dzieliła nas również bariera językowa (słaba znajomość języka angielskiego połączona z silnym jawajskim akcentem) jak i psychiczna (ogromna nieśmiałość). 
Najgorszym dla Agusa momentem w poznawaniu studentów Darmasiswy był jednak chyba moment pożegnania najmilszej uczestniczki programu, Kate, pochodzącej z Wielkiej Brytanii. Wszyscy ją przytulali, całowali, płakali, nawet słynąca z powściągliwości Japonka.  A Agus stał w kącie. Kate w końcu do niego podeszła i z całej siły przygarnęła go do siebie ramionami w uścisku. Agus poczerwieniał. Speszony wyszedł z budynku i pojechał do domu. Potem opowiadał kolegom, że był to jeden z najważniejszych momentów w jego życiu. Agus po raz pierwszy został przytulony przez kobietę/dziewczynę/płeć żeńską. I nie dlatego, że nigdy wcześniej nie miał okazji, ale dlatego że wierzy, iż uścisk, buziak, dotyk w ogóle - pierwszy i każdy kolejny - jest zarezerwowany tylko dla jednej kobiety, dla jego przyszłej żony. I to go pewnie czyni takim popularnym wśród płci pięknej w 2 milionowym indonezyjskim mieście Semarang. Bo jego chłopięcość, niewinność, skromność, inteligencja i głęboka wiara w Allaha po prostu kładzie Indonezyjki na kolana. A Europejki mówią: o przestań, on jeszcze nawet nie jest mężczyzną. 

3/14/2015

Polowanie na szczura

Od kilku nocy próbuję przyłapać szczurka w łazience w akademiku. Widziałam go już kilkanaście razy, jednak moim celem było nagrać jak przed nim w tej łazience uciekam. Więc wstaję z łóżka o niebanalnych porach nocnych, włączam kamerę w telefonie i maszeruję do toalety. Ostrożnie. Zawsze. Jednak jak już kamerę mam włączoną i jestem psychicznie przygotowana na widok szczura w każdej sytuacji, to jednak ten postanawia wybrać się na nocne poszukiwania jedzenia. Sprytnie unika występu przed kamerą mojego telefonu. Dla dobra mojego snu poddaję się. Umieszczam poniżej video jednej z moich wypraw ukazując dom szczura za drzwiami toalety, blisko kosza na śmieci. Z góry przepraszam za jakość filmiku, ale mam nadzieję, że będzie można zobaczyć kostki kurczaka w których to szczurek żyje. Nie odważyłam się odsunąć drzwi. Ostatnio widziałam przy nich karalucha, a karaluchów boję się bardziej niż szczurów. Jest 2 w nocy. Przy okazji można również zobaczyć jak w indonezyjskim akademiku wygląda toaleta. Have fun!


3/03/2015

Masuk angin jednak istnieje

Miesiącami zarzekałam się, że choroba zwana przez Indonezyjczyków masuk angin, co można przetłumaczyć chyba tylko jako "wejście wiatru" nie istnieje. Po pierwsze dlatego, że sama nazwa śmieszy, po drugie dlatego, że Indonezyjczycy bardzo często o niej mówią i to w różnych kontekstach: <jechałem motorem i padało, będzie masuk angin>, <ale mi słabo, to masuk angin>, <nie chcę iść do kina, czuję, że masuk angin>, <nie pij herbaty z lodem, bo będzie masuk angin>.... , po trzecie dlatego, że te konteksty w 90% przypominały nic innego jak tylko objawy grypy. Zawsze więc twierdziłam, że to jakiś tajemniczy wymysł biorąc pod uwagę zamiłowanie Indonezyjczyków do przesady, jak na przykład ubierania kurtek w 40 stopniowej temperaturze. Nie wierzyłam, wyśmiewałam, kłóciłam się, że to wymysł i bujda.

Aż mnie dopadło.

Zaczęło się od wymiotów i przejmującego uczucia zimna. Co zaskakujące dopiero wieczorem, a przecież przez cały dzień udało mi się normalnie funkcjonować. Myślałam wobec tego, że to pewnie jakieś zatrucie pokarmowe. Wymiotowałam raz i ubrałam się w dwa swetry i kurtkę, podciągnęłam pod brodę dwa koce i próbowałam się rozgrzać. Nie ma szans. Ociekałam potem, ale mi nadal było zimno i z tego zimna się trzęsłam. Nie czułam koców czy swetrów. Miałam wrażenie, że za długo byłam na zimnym powietrzu i nie mogę wyrównać temperatury, że nawet kości mam zimne. Wymiotowałam po raz kolejny, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Zaczęło mi być gorąco. Czułam, że spalam się od środka. Zgubiłam koce i swetry i zasnęłam. Ulga z reguły powinna przyjść rano, a ja rano czułam się jeszcze gorzej niż wieczorem. Znów mi było zimno i do tego doszedł ból mięśni i gorączka. Z samego rana ból czułam tylko na wysokości kości ogonowej i nerek, tak jakbym się za dużo nachodziła dzień wcześniej. Około południa ból objął całe ciało, szczególnie w okolicach węzłów chłonnych. Południe, a ja nadal w łóżku. W ogóle nie miałam ochoty na jedzenie, nie mogłam też na pusty żołądek przyjąć żadnych tabletek, bo i tak bym je zwymiotowała kilka minut później. Masuję swoje nogi i ramiona, ale żaden dotyk nie przynosi ulgi. Jakby ból był zbyt głęboko. Przespałam większość dnia. W nocy obudziłam się z pulsującymi na czole żyłkami. Od gorączki. Zrobiłam kompres na czoło z koszulki. Jak przez mgłę pamiętam chodzenie do toalety, siadanie na łóżku, dziwne i przerywane sny. Trzeciego dnia ulga nadal nie przychodziła. Postanowiłam reagować, a nie tylko liczyć, że mi przejdzie. Do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy co mi jest. Nie jestem typem osoby, która biegnie do lekarza z raną na palcu, dlatego, tym bardziej w Indonezji, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby się do takiego wybrać. I tak pewnie dostałabym od niego antybiotyki "na wszystko" i została z bólem sama. Więc pomocy szukałam u wujka google, jednocześnie kontaktując się z Adim, że ze mną kiepsko. Denga? Malaria?

- Kamila, masz masuk angin! - śmieje się ze mnie Adi.

Adi wziął mnie do domu swojej mamy, która się mną zajęła zmuszając do picia ogromnych ilości ciepłej wody, potem herbaty, potem zjedzenia odrobiny ryżu i zażycia paracetamolu. Masuk angin łapie się głównie przez to, że się pocisz, a potem cię przewieje, więc najlepszą kuracją wg Indonezyjczyków jest spocenie się po raz kolejny, ale tym razem pozostanie w łóżku.  Nie jadłam od trzech dni, więc czułam się wyczerpana i słaba. Na moich policzkach pojawiły się ogromne rumieńce, których do dziś nie mogę się pozbyć. Od pierwszych wymiotów minęło 6 dni, a ja nadal czuję się słabo. Ale chociaż mięśnie nie bolą i nie jest mi zimno. Mama Adiego namawiała mnie na leczenie monetą. Czyli pocieranie pleców monetą i smarowanie olejkiem. Nie zdecydowałam się, bo podobno boli, a potem mój opiekun na uczelni mówił, że nie powinnam, bo to w efekcie źle wpływa na krążenie krwi.

Czerwone paski to efekt potarć monety. Im bardziej zaawansowany masuk angin tym paski bardziej wyraziste.
(zdjęcie: Internet).

Masuk angin to nie grypa. Nie miałam kataru, kaszlu, nie bolało mnie gardło. Uczucie gorączki i bólu mięśni jest zupełnie inne niż przy przeziębieniu. Nikomu nie życzę, żeby złapał go indonezyjski wiatr. Swoje przeżyłam i oby nigdy więcej. Z masuk angin przestaję się śmiać.


2/26/2015

Obalenie mitu o rajskiej Indonezji

Przestańcie mówić, że jesteście ze mnie dumni i pełni dla mnie podziwu, bo wyjechałam. W tym nie ma nic nadzwyczajnego. Przeciwnie, to jest nadzwyczajnie proste. Oficjalnie obalam mit: za granicą nie jest różowo. Jest tak samo szaro jak w naszym kraju, tylko że w innych dziedzinach. W Polsce jest mi fantastycznie, tak samo jak fantastycznie jest mi w Indonezji. W Polsce jest mi ciężko, tak samo jak ciężko jest mi w Indonezji.
Są lepsze dni i gorsze. To jest raj na obrazkach, ale zwykłe życie wygląda tu podobnie jak w Polsce. Tylko że ludzie myślą, że wyjeżdżając do Indonezji będzie mi jak w niebie, bo plaże i słońce, ale ja przecież muszę robić to samo: wstawać rano, wymyślić co zjeść na obiad, iść na zajęcia, kupić papier toaletowy i iść spać. Rzygam tęczą widząc postowane w internecie zdjęcia osób, które zachwycają się życiem w Indonezji. Wieczne wakacje? Wielka bzdura i hipokryzja. To jest ten sam świat. Życie w Polsce może być podobnie kolorowe.

Obalając mit skupiam się na szarościach:

Pierwszą rzeczą jaka cię dopada za granicą jest fakt, że jesteś samotny. Nie ma znaczenia ilu masz nowych przyjaciół, bliskich czy dalszych osób. Każdy powtarza...ooo jesteś tu sama. Bez rodziny. Biedactwo. I w końcu cię to dopada, że rzeczywiście jesteś sam. Że faktycznie nie możesz na weekend pojechać do mamy, że nie możesz namówić swoich znajomych sprzed kilku lat na kawę dla odkrycia przyjaźni na nowo i powspominać stare czasy, że wieloletni przyjaciele idą na imprezę bez ciebie i ty już nie jesteś częścią ich życia.  Że na nikogo nie możesz liczyć, bo ogrom Polaków za granicą nigdy nie zastąpi ci rodziny. Większość to sporzy nieudacznicy, egoiści, księżniczki i książęta, którzy za opinię ich znajomych w Polsce o tym jak to dobrze im się żyje w Indonezji oddadzą życie. I gdyby tak powiedzieć prawdę, to skorzy byliby cię za to "zabić". Nowe przyjaźnie i miłości są miłe i wiele cię uczą, to fakt, ale gdyby rzeczywiście wszystko przekalkulować, mam wrażenie, że więcej nowych osób poznaję codziennie w Polsce niż tutaj. Poza tym, jako biała dziewczyna, gdzieś zawsze w moim umyśle pojawia się pytanie czy Indonezyjczyk pragnie znajomości ze mną, bo jestem egzotyczna, czy też rzeczywiście jestem ciekawą dla niego osobą. To pytanie nie istnieje dla mnie w Polsce.

W Indonezji jako studenci nie możemy legalnie pracować, więc zwykle prosimy o pieniądze rodziców i to jest najsmutniejsze, że jako dorosłe osoby cały czas musimy ssać rodziców cycki. Upokarzająca sytuacja. W efekcie niesamowicie mocno się zadłużasz.

Budzisz się rano i zastanawiasz się co zjesz na śniadanie. Amerykańskiego pączka, tego z dziurką w środku i bez nadzienia, bardzo słodkiego no i słodką kawę w kartoniku. Ewentualnie bubur ayam, czyli papkę ryżową z odrobiną kurczaka. A co byś zjadł? Świeżą bułkę, może być nawet ta z poprzedniego dnia i do tego plasterek indyka i żółty serek, jakiś ogóreczek, może sałata. Jogurt! I myślisz o boże moje życie ssie. Tak zaczyna się z reguły dzień, jeśli pierwszą myślą o poranku jest jedzenie.
Potem myślisz co zjesz na obiad. Pierś z kurczaka małą na trzy kęsy owiniętą wokół kości, do tego ryż - może być z sieciówki HFC lub Olive Chicken, które doskonale imitują KFC, choć kurczak jest gorszej jakości. Może być warung*, ale kurczak, choć tańszy, jest jeszcze mniejszy niż w sieciówce. A co byś zjadł? Bigos albo pierogi, albo makaron z kurczakiem i parmezanem, albo rybkę w sosie słodko-kwaśnym, albo schabowego, albo placki ziemniaczane, albo po prostu ziemniaki z masłem i solą. Nagle myślisz jajć ile ja mam pomysłów na tani obiad w Polsce, a tu jesz zwykle cały czas to samo.
Potem nadchodzi czas kolacji. W Polsce pojawiłby się chlebek. Och chleb. Pasta rybna albo biały ser, ale bym się najadła. I sok pomarańczowy A tu? Gorengany, czyli smażone na głębokim oleju warzywa, banany lub tofu w cieście.
Przyjeżdżając na chwilę albo w opowieściach o Indonezji zachwycasz się, że możesz pić sok z mango albo awokado za grosze, że jesz smażony ryż z krewetkami, że za przekąskę masz czerwonego, słodkiego banana lub arbuza przez okrągły rok. To rzeczywiście na początku jest ekscytujące, ale z czasem już nie chce ci się chodzić na śmierdzący targ po banany albo po sok, gdzie naczynia tylko od czasu do czasu są przemywane lekko wodą, a owoce w ogóle nie myte, nie wspominając o rękach sprzedawcy. Jedzenie tu jest dobre, ale ty po prostu tęsknisz za tym w Polsce.

Różnice kulturowe pomiędzy Polską a Indonezją są gigantyczne. Na przykład: poznanie rodziców twojego chłopaka. Dwa razy większy stres niż w Polsce, bo musisz pamiętać o wszystkim czego się dotychczas nauczyłeś o indonezyjskiej kulturze, żeby nie popełnić gafy. Gesty, mimika, strój, zachowanie przy stole. Pomóc mamie chłopaka w kuchni, czy nie wypada? Zjeść wszystko z talerza, czy zostawić odrobinę? Zmyć się po obiedzie czy zostać dłużej? Zaskakujące jak ludzie potrafią być inni i ile rzeczy musisz wiedzieć, i o ile zapytać, żeby cię rozumiano i nie postrzegano jako dziwaka. I gadka "bądź sobą" absolutnie tu nie pasuje. Nie mogę podać talerza mamie Adiego lewą ręką! Nie wypada! To jest kulturowo niedopuszczalne. Ponadto, ogromna bariera językowa, nawet jeśli w indonezyjskim już czuję się swobodnie. Wiele osób boi się do mnie odezwać, bo są przekonani, że indonezyjskiego nie znam, a mówić po angielsku się wstydzą.

Nie chcę powiedzieć przez ten post, że życie w Indonezji jest okropne i już mi się nie podoba lub, że chcę wrócić do Polski. Chcę powiedzieć, że doceniam Polskę i że za nią tęsknię, i moi znajomi w Polsce zamiast mi "zazdrościć" powinni skupić się na tym, że ja również potrzebuję wsparcia tutaj, tak samo jak oni w kraju.

2/24/2015

No rusz dupę, a nie stoisz jak cielę!

"No właź wreszcie idiotko" albo "No co się gapisz, przesuń się" lub też "No rusz dupę, a nie stoisz jak cielę" - tak po polsku zdarza mi się krzyczeć na Indonezyjki. Sundajki doprowadzają mnie ostatnio do białej gorączki.

Nie tyle może krzyczę, o ile głośno komentuję ich zachowanie. Po polsku, bo mnie w ten sposób nie rozumieją, a ja mam przynajmniej satysfakcję, że skarciłam jedną i drugą. Po indonezyjsku bym się nie odważyła, jeszcze by mnie złapały w ciemnej uliczce i pobiły. 
Generalnie nie znam zbyt wielu Indonezyjek. Nie lubią mnie. Stereotyp białej dziewczyny, która podoba się ich chłopakom sprawia, że można nawet powiedzieć, iż mnie nienawidzą. Na początku było mi za to wstyd, teraz już nie pozostaję im dłużna. Dziś wystraszyłam jedną w toalecie. Przyłapałam ją jak myła naczynia i zrobiłam wielki hałas woooo....laska się za mną odwracała na korytarzu, przystawała i gapiła się swoim potępiającym wzrokiem. Dostała za swoje. 
Istnieje ogromna różnica pomiędzy Sundajkami, z którymi mam teraz do czynienia w Bandungu a Jawajkami z którymi miałam do czynienia w ubiegłym roku w Semarang. 

Jawajki są zabawne, wiecznie chichoczące pod nosem, ubierające batik i chustę by wyglądać
oficjalnie i dojrzale, ale mimo to sprawiają wrażenie młodych dziewczynek, które jak tylko wracają ze szkoły do domu, to wspinają się na drzewa i biją z chłopakami z podwórka. Niczego się nie boją. Zabiją karalucha czy pająka jednym ruchem. Wyglądają na bardzo pracowite i bardzo ambitne.  Tego typu kobiety, które swoje dzieci wychowywać będą twardą ręką. Jestem dla nich pełna podziwu, że potrafią ubrać jeansy, na to suknię, do tego bluzkę z pełnymi rękawami i chustę przy tej 40 stopniowej temperaturze w Semarang. Czasem ubierają rękawiczki z froty, bo nie chcą sobie opalić dłoni na motorze. Większość Jawajek nie jest niestety ładna. W Semarang ciężko znaleźć jakąś wartą uwagi buzię. Poza tym z Jawajkami ciężko jest się zaprzyjaźnić. Są zawsze miłe, ale nie zależy im nigdy na bliższym kontakcie. Przy pierwszym spotkaniu zadają mnóstwo pytań, są ciekawe, ale do drugiego spotkania już nie dochodzi. Pojawiają się sms-y. Dużo sms-ów. Co robisz? Gdzie jesteś? Miłego dnia. Dobranoc. Co męczy, bo z tego nic nie wynika oprócz jej dumy, że ma bule* za znajomą i może jej powiedzieć cześć na ulicy, a ty już nie pamiętasz co to za dziewczyna, bo zmieniła chustę i już jej nie rozpoznajesz. 

Sundajki za to, to panienki, princeski, takie dziewczyny ą, ę. Zdecydowanie rzadziej noszą chusty niż
Jawajki. Są bardzo głośne we własnym gronie, ale gdy pojawia się w zasięgu wzroku chłopak, wtedy milkną, przybierają wyprostowaną, sztywną pozę i poważnieją. Bardzo dobrze się ubierają. Mają chyba tonę ciuchów i butów. Są leniwe, wiecznie się je widzi siedzące wpatrzone w swoje telefony lub tablety. W gronie przyjaciół za dużo nie rozmawiają. Po prostu są. Już nie raz słyszałam, że ich jedynym zadaniem jest zdobyć bogatego męża. Trudno jest spełnić oczekiwania rozpuszczonej Sundajki, bo ona oczekuje, że płaci się za nią wszędzie i za wszystko. Dostaje co tylko chce i kiedy chce. Jej mąż musi mieć więc gruby portfel. Po ulicach lub po mallach Sundajki chodzą wolno, straszliwe wolno, przechadzając się niezależnie od obowiązków, zwykle z wysoko do góry podniesioną głową, ale uważając na każdy najmniejszy kamyczek pod stopami. Rozpuszczają przy tym bardzo często swoje kruczoczarne włosy i poprawiają je co 10 sekund. Przy sobie mają zazwyczaj mnóstwo rzeczy. Lustereczko, kremiki, sole otrzeźwiające, perfumy, płyn antybakteryjny, dwa telefony etc. Są gwiazdami, muszą świecić wszędzie, nawet w obskurnym warungu*.   Gdy zobaczą w tym warungu karalucha, to krzyczą jakby niebo się waliło. Stoją i krzyczą. Dają jedzenie kotom biegającym po okolicy, ale jednocześnie bardzo się ich boją i jak taki kot się do nich za bardzo zbliży to też...stoją i krzyczą. Sundajki są bardzo ładne, mówi się, że najładniejsze kobiety z całej Indonezji. Rzeczywiście niesamowita uroda. Prawie każda nadaje się na okładkę magazynu. Nie są niestety zbyt inteligentne. Nie mają wiele do powiedzenia, dlatego pewnie tak tylko milczą w grupie. Nie przyjaźnią się z dziewczynami bule. Jeśli jednak trafi się jakiś wyjątek, to są aż nadopiekuńcze. Chcą przyjaźni w stylu best friends forever. Codziennych spotkań, dzielenia się każdym szczegółem życia, częstego wychodzenia do malla, na kawę, na obiad, do kina. Ta przyjaźń z bule jednak ma jeden cel: wokół dziewczyny bule znajdą się faceci bule, więc może znajdzie się i bule mąż. 

Mam więcej znajomych Jawajek niż Sundajek. Obecnie na Sundajki zdarza mi się krzyczeć, robić im psikusy, mijać z wyżej podniesioną głową od nich. I muszę przyznać, że zaczyna mi to niebezpiecznie sprawiać przyjemność. 

Co do Indonezyjczyków płci męskiej, to zupełnie inna historia, więc innym razem. 

2/12/2015

Indonezyjski islam część II

Cała prawda o Nini. Historia 24-letniej Tajki, muzułmanki, jest tak ciekawa, że postanowiłam oprzeć o nią dzisiejszy wpis. Przykład Nini powiela się wśród indonezyjskich muzułmanek i doskonale opisuje ich naturę. 
Nini to dziewczyna po lewej patrząc na zdjęcie.
Nini była jedną z zagranicznych studentek, które znalazły się ze mną w Semarang. Pół roku zajęło mi rozgryzienie Nini. Z pozoru wygląda na typową, przykładną muzułmankę. Nini ubiera się tak, aby zakryć całe swoje ciało i nie pozostawić miejsca na widok krągłości. Długie suknie, spódnice, pod nimi spodnie, często jeansy, skarpety, pełne buty, długie koszule, bluzki do nadgarstków, chusta bez której nigdy nie można jej było publicznie zobaczyć. Dopiero gdy zaczyna mówić w języku indonezyjskim można poznać, że Nini jest Tajką, a nie Indonezyjką. Nini modli się 5 razy dziennie i nigdy nie dotyka mężczyzny. Nini ma chłopaka w Tajlandii studiującego Koran, ale może się z nim spotkać tylko w otoczeniu przynajmniej 16 znajomych. Wizerunek Nini jest poprawny i nie wzbudza żadnych zastrzeżeń. 
Po 6 miesiącach dowiedziałam się, że Nini jest lesbijką. Ma romans ze Szkotką, także jedną ze studentek UNNES-u. Wcześniej miała inne dziewczyny. Nini zakłada chustę, głównie dlatego, że jest leniwa aby dbać o swoje włosy. A włosy ma piękne, puszyste i gęste. Nini pali papierosy od czasu do czasu i pije piwo. Gdy robi to w otoczeniu mężczyzn, pije i pali nawet w chuście. Nini jest najbardziej seksowną dziewczyną jaką znam hahaha....To ona tańczyła na rurze za naszym żółtym domkiem w Semarang. To ona potrafiła godzinami chodzić w samym ręczniku po domu. To jej śmieszne, o totalnie seksualnym zabarwieniu gesty, moi znajomi najbardziej pamiętają z wizyt w żółtym domku. 
Nini wróciła do Tajlandii. Uczy tam angielskiego. Mówi, że jest nieszczęśliwa i tęskni za życiem z dala od rodziny. Musi bardziej się starać żeby ukrywać prawdziwą siebie. Zapewnia, że rodzice nigdy tego nie zaakceptują, że jest lesbijką. Niedługo Nini będzie wychodzić za mąż. Potajemnie studiuje magisterkę z filologii angielskiej, nie może być bardziej wyedukowana niż jej mąż, więc ukrywa studia przed wszystkimi. Nini chce do Europy. 

Prezentacja z komunikacji niewerbalnej

Polecam prezentację przygotowaną przeze mnie oraz Kasię Krajewską na zajęcia fakultatywne z komunikacji niewerbalnej w ramach studiów na UAM Poznań. Link załączony poniżej to link do dropbox.com. Aby zobaczyć pełną zawartość prezentacji należy ściągnąć plik i użyć funkcji slide show. Have fun! :)

https://www.dropbox.com/s/pu185kj7mup8up1/Presentation1.pptx?dl=0